RUMIŃSKA Weronika [18-13-11], urodzona 20.02.1919 r. w Wace Trockiej (obecnie w granicach Wilna). Jej rodzicami byli Franciszek Iwanowski (z zawodu organista – od 1900 r. w kaplicy hr. Jana Tyszkiewicza) i Stefania Karpicz. W 1921 r. urodził się brat Weroniki, Franciszek, w 1923 r. drugi brat, Julek, który zmarł mając trzy latka. Na odwrocie fotografii ojciec zanotował: W niedzielę sierpnia 2-go 1925 roku na serdeczną pamiątkę smutku, że takich małych moich najukochańszych dzieci porzuciła Matka, a ja Ojciec w żalu pozostawszy i oddając was do Ochronki pod opiekę Matki Boskiej Ostrobramskiej sfotografował, i 5 sierpnia tegoż roku swoją najukochańszą córkę Weronikę oddałem do Ochrony. Weronika 7-go roku, Franciszek 5-go roku, Juluś 3-go roku. Ja Ojciec – 48 lat.
Weronika była w Wilnie w ochronce u sióstr zakonnych około roku. Po ukończeniu 7 lat przeszła do internatu, będącego też pod zarządem tych sióstr, i ukończyła szkołę powszechną przy ul. Połockiej, a potem Gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej (z tamtych lat zachował się do dziś obrazek z Jezusem podpisany: Marjo wspieraj mnie abym nie upadła pod tym ciężarem. Pamiątka przyjęcia Iwanowskiej do Sodalicji. Wilno, dnia 9 / VI – 1935). Nieco wcześniej, w maju, brała udział jako przedstawicielka gimnazjum w pogrzebie serca Marszałka Józefa Piłsudskiego w grobie jago matki na cmentarzu na Rossie, stała w pierwszym rzędzie, tuż przy grobie. Należała do międzyszkolnego chóru (którego próby odbywały się w szkole nr 3 przy ul. Ostrobramskiej) oraz chóru przykościelnego prowadzonego przez prof. Jana Żebrowskiego w budynku w podwórzu kościoła parafialnego oo. Bernardynów i św. Anny, ze słynnym po latach Bernardem Ładyszem (ur. 24.07.1922 r. w Wilnie). Często uczestniczyła w wycieczkach w okolice Wilna. Swego przyszłego męża, Janusza Rumińskiego (urodzonego w Grudziądzu), poznała podczas jego pobytu w Wilnie w 1937 r., gdzie przyjechał po ukończeniu gimnazjum w Toruniu, aby studiować polonistykę na Uniwersytecie Stefana Batorego. Prowadził on w wolnych chwilach wykłady na temat działalności związków zawodowych, wyświetlał kolorowe(!) przeźrocza, prowadził drużynę harcerską. Tu poznał Stanisława Cat-Mackiewicza, ks. H. Hlebowicza – skauta, duszpasterza młodzieży oraz ks. Waleriana Meysztowicza. W kościele garnizonowym św. Ignacego, ks. pułkownik Śledzieniewski udzielił ślubu Weronice i Januszowi. Młodzi zamieszkali na Zarzeczu. Wkrótce Janusz został powołany do wojska w Krakowie. Nie wiedzieli, że zobaczą się znów dopiero po sześciu latach. 5 grudnia 1938 roku w Klinice Medycznej USB Weronika urodziła syna. Czekała daremnie z chrztem na przyjazd męża kilka miesięcy. 19.09.1939 r. wojska rosyjskie zajęły Wilno. Nastąpiły deportacje, zamykano kościoły, rabowano ludziom dobytek, więc Weronika z synem wyjechała do swego ojca, do Waki, a dziecko ochrzczone zostało w kościele w Landwarowie, otrzymując imiona Andrzej Jarosław. Rodzicami chrzestnymi byli Franciszek i niania 5-letniego Zygmunta Tyszkiewicza, syna Jana, właściciela pałacu w Wace. W lipcu 1940 roku przyszła kartka od ojca z nadrukiem: „Wiadomości dla rodziny jeńca wojennego”. Ojciec pisał: Kochana Dusieńko! Jestem zdrowy w niewoli niemieckiej. Niczego mi nie brakuje jedynie wiadomości od Ciebie. Na Boga odpisz natychmiast! Sławek zdrowy? Franek? Ojciec? Całuję Janek Rumiński Stalag XI B Kdo 310 / 12112. Była to jedyna wiadomość od ojca do czasu spotkania z nim w 1946 roku. W czerwcu 1941 roku Niemcy zaatakowali Rosję, zajęli Wilno a później Wakę. W pałacu Tyszkiewiczów zainstalowała się komendantura niemiecka, a później ulokowano tu „Niederlandische Ost Companii”, otworzono Szkołę Ogrodniczą. Pod administracją holenderską prowadzono w okolicznych majątkach produkcję m.in. serów holenderskich. W jednym z tych majątków, położonym w miejscowości Świr ok. 80 km na północny wschód od Wilna, pracowała Weronika. Jej brat w czasie okupacji ukrywał się w lasach: należał do AK, walczył przeciw Niemcom i Rosjanom. Nocami przychodził do domu po żywność. W 1942 roku władze litewskie wystawiły Weronice Personalausweis na nazwisko Ruminskiene. Protestu nie uwzględniono, a sprawy tego typu trwają na Litwie do dziś. Weronika pracowała dorywczo w pałacu do końca czerwca 1944 roku. W lipcu ruszyła ofensywa rosyjska. Niemcy, cofając się, zabierali bydło z różnych majątków, a do pędzenia krów i koni brali kobiety i mężczyzn, często całe rodziny. Na postojach kobiety doiły krowy i gotowały jedzenie dla pędzących bydło. W ten sposób znaleźliśmy się wśród służby przy stadzie bydła. Zostaliśmy zabrani z pola, wraz z Holendrami i innymi ludźmi. Jechałem z mamą na koniu, siedzieliśmy na poduszce, jedynym przedmiocie, który udało się zabrać. Tabor przeszedł niemal całą Litwę, Prusy Wschodnie i dotarł do wybrzeża Bałtyku – mama wspomina Kłajpedę. Nie wiemy, co się stało z bydłem; nas załadowano na morskie barki przybrzeżne i wieziono na zachód. Zapamiętałem straszne warunki panujące pod pokładem. Ludzie stłoczeni, gorąc, duchota, brak wody pitnej. Szczęśliwie mama zajęła miejsce przy samej drabinie prowadzącej na pokład i każde otwarcie luku było okazją do wychylenia głowy i zaczerpnięcia świeżego powietrza. Wzdłuż wybrzeża dotarliśmy do Szczecina, następnie koleją do Breslau (Wrocławia). Tu Niemcy podzielili nas na kilka grup, które kierowano do różnych miejscowości. Nas skierowano do Rothenburga (ob. Czerwieńsk n/Odrą) i przydzielono do pracy u Otto Schobera, który był właścicielem gasthausu (zajazdu). Mama pracowała tam od początku września 1944 r. do lutego 1945 r. jako pomoc kuchenna i sprzątaczka, obsługiwała też (po przyuczeniu) kamerę filmową przy wyświetlaniu filmów o zwycięstwach Wehrmachtu na świecie. Po nowe filmy jeździła pociągiem do Grünbergu (Zielonej Góry). Gdy zbliżył się front rosyjski, Schober zorganizował z Holendrami ucieczkę na zachód, do rodziny w Lipsku, zabierając wszystkich z całym dobytkiem. Podróż odbywała się wozami konnymi, które Holendrzy zabrali z gospodarstw, gdzie pracowali. Żandarmeria niemiecka nie pozwoliła na przejazd na zachód i skierowała wozy na północ. Mijaliśmy płonące miasta Poczdam i Berlin. Naloty myśliwców rosyjskich i ogólny zamęt na szosach spowodowały pogubienie się wozów. Podczas ostrzału kryliśmy się w rowach na poboczu szosy, a mama nakrywała mnie swoim ciałem. Z naszymi Holendrami dotarliśmy do przedmieść Hamburga i stanęliśmy nad Elbą (Łabą) w jakimś gospodarstwie. Nasze wozy były rewidowane przez Niemców, którzy szukali broni – jej znalezienie groziło śmiercią. Holender Wolsing, który prowadził nasz konny zaprzęg, schował zdobyczny pistolet na dnie walizeczki z moimi ubrankami. Niemiec zajrzał tylko na wierzch bagażu, ale mama była przerażona. Kilka dni później, wczesnym rankiem, stojąc na podmurówce parkanu podpierany z tyłu przez mamę, przyglądałem się wkraczającemu patrolowi brytyjskiemu. Żołnierze (wśród nich Murzyni, których zobaczyłem pierwszy raz), szli po obu stronach ulicy z podwiniętymi rękawami i pistoletami maszynowymi w dłoniach. Wyprowadzali z domów niemieckich żołnierzy, i na naszym podwórku rozbijali o kant muru ich karabiny i rzucali na kupę opodal naszego wozu. Radość była ogromna. Nadszedł upragniony koniec wojny, a z nim wielka niewiadoma: co robić dalej? Do Wilna nie było po co wracać, to już nie była Polska, a wcześniej dotarła do mamy wiadomość o śmierci w Wace jej taty, a mojego dziadka. Po wyzwoleniu miasta przez aliantów, zostaliśmy przewiezieni do obozu repatriacyjnego w Siegen (między Kilonią a Bonn). Tu mama dostała mundur koloru khaki z naszywką POLAND na rękawie bluzy i pracowała jako krawcowa. Tu przystąpiłem do I komunii świętej i rozpocząłem naukę w polskiej szkole. W czerwcu 1946 r. wróciliśmy do męża-ojca odnalezionego przez PCK we Wrocławiu na ul. Gnommenwegstrasse (ob. Michałowskiego na Sępolnie), którego miłość w międzyczasie wygasła. Po rozwodzie w 1948 r. mama pracowała jako urzędniczka w: Robotniczym Towarzystwie Przyjaciół Dzieci, Pagarcie, Rektoracie Akademii Medycznej i Politechniki Wrocławskiej. Znów śpiewała w chórze – tym razem oratoryjno-kantatowym przy kościele św. Elżbiety; uprawiała turystykę górską. Jedenaście razy musiała z synem zmieniać mieszkanie, a po jego ślubie w 1963 r. i przeprowadzce na osiedle Zalesie, do domu po ojcu, mieszkała do października 2006 roku sama, nareszcie w swoim własnym mieszkaniu. Po niespodziewanej śmierci synowej Joanny (która zmarła we śnie 26 IX 2006 r., na ostatnim noclegu w Istambule, podczas wycieczki autokarowej po Turcji) przeprowadziła się do syna.
Tak wspomina babcię Weronikę moja córka Anna:
W lutym 2014 r. moja Babcia skończyła 95 lat, będąc jedną z nielicznych 95-latek we Wrocławiu. Zawsze uwielbiała czytać. Przeczytała w życiu z milion książek, połykała zawsze 5–7 miesięcznie, wypożyczała je z osiedlowej biblioteki. Szła na zakupy – po mleko, masło, bułki i kiszone ogórki – i wracała z torbą pełną książek (prócz zakupów). Jej ulubione działy, to biografie i cesarstwo rzymskie. Uwielbiała też zawsze krzyżówki. Mając 95 lat była bardzo obolała, ale w pełni sił umysłowych. Jej świat, gdy była aktywna i szybka, krążył w układzie trzech osi: rodzina, praca, wyobraźnia. W pracy była doceniana i lubiana, dzieci, które zabawiała i uczyła, uwielbiały Ją, w wyobraźni miała swoje mikro-światy, z których ten poetycki (pisała wiersze) i metafizyczny był bardzo ważny – była głęboko wierzącą katoliczką, co w kontekście śmierci nie przeszkodziło Jej zadbać o Jej miejsce pracy – ówczesną AM we Wrocławiu. Babcia Wera była dla mnie zawsze bardzo dobra, nauczyła mnie wielu dobrych rzeczy, życiowych przyjemności, m.in. rozmaitego rękodzieła i prac plastycznych, miłości do książek, zabaw i nauki z dziećmi oraz frajdy z tego, gimnastyki dłoni, niedzielnego leniuchowania, porannego wychodzenia w piżamie w szczere pole (na wsi w Osieku nad Prosną, u drugiej Babci, Marysi), gotowania i przyjemności w karmieniu ludzi, jedzenia ton jabłek bez skórki w czasie oglądania maratonu filmowego w telewizji, miłości do wsi i przyrody, celebrowania śniadania podanego w łóżku, obierania ogórków kiszonych ze skórki (by były delikatniejsze), robienia mostku (to takie wygibasy), jedzenia chałki z masłem i kakao, miłości do jajka na miękko i w ogóle… Wszystko to robię nadal, uczę tego mojego syna i inne dzieci. Babcia uwielbiała wieś, przyrodę, jasność, bigos, papierosy, wiosnę i kwiaty, szczególnie żółte i czerwone, najlepiej tulipany, żonkile, bzy, frezje. Na największe rodzinne święta ubierała się zawsze bardzo kolorowo i jasno, w ten ulubiony strój ubrałam Ją na ostatnią drogę. Uwielbiała też zboże, więc po każdej wizycie na wsi we wspomnianym Osieku staraliśmy się przywozić Jej wielki bukiet zboża tuż sprzed żniw. Przed świętami zawsze robiłyśmy razem ozdoby – łańcuchy i gwiazdki na choinkę albo pisanki na święconkę. Babcia doskonale gotowała, Jej przebojem były zawsze wysokie, ponczowane torty z kawowym kremem (na maśle) oraz pierogi ruskie. Nauczyła mnie też wyciskać nożem wzorek na maśle w miseczce, by zalane wodą pięknie wyglądało (m.in. stąd moje obecne pasje etnograficzne). Nauczyła mnie też ścinać czubek jajka na miękko: szybkim, zdecydowanym ruchem, bez mazgajstwa. Tak też żyła i tego nas uczyła. Zawsze, gdy dawała w rodzinie prezenty, dokładała do nich karteczkę z dedykacją, zawsze wierszowaną – maleńką formę literacką, na poczekaniu tworzoną. Do „rzeczy pakowanych na potem” również dodawała karteczki, by było wiadomo po rozpakowaniu, skąd, co i po co. Zapisywała nieomal wszystko. Te wierszyki to rodzinny folklor, który w znacznej części przepadł, prócz tych zapisków, które archiwizowała sama, np. mały poemacik na moje 18. urodziny. Dziś mam różne kolekcje, a karteczki… zostały tylko te od darowanych butków, jedna z 1968 r., druga z ok. 1999 r. – dowodzą ciągłości jej myślenia o rzeczach i dzieciach. Starsza jest informacyjna przy „rzeczy pakowanej na potem”, gdy butki znosił mój brat, a potem ja. Nowsza, to dedykacja, którą dostał mój syn na urodziny. Butki będą nam towarzyszyć, jak i archiwalne zapiski. Będziemy Ją zawsze bardzo dobrze wspominać. Długoletnia przyjaciółka Babci, Ala Łagowska, napisała poemat, który ułożyła dla Babci na Jej imieniny w 1949 roku: „Werze, By wzmocnić bratnie przymierze – Ala, Wrocław 9 VIII 1949 r.”, poniżej fragment.
(…) Wera… Gdy się do pracy zabiera, w pospólstwie strach zamiera
Wszem znana to tajemnica, że Wera to nawałnica
To z piorunami burza, ani się przed nią użal
Gdy w ferwor wpadnie służbowy
I choć ci powie „królowo”, serdecznie, nie urzędowo
To jeszcze nic nie znaczy, bo tak cię wnet znowu osaczy
Że nie wiesz, gdzie schronić głowę – to są jej wdzięki służbowe
Wera… Chór jeden, drugi, opera…
Śpiew solo, w chórze, w duecie, w ludowej piosnce, w sonecie
Jak primabalerina zasłynie – już zaczyna…
Wera… sukcesy, kariera, funkcje i stanowiska, droga ciekawa, choć śliska.
Lecz Wera ma mocną głowę, a w głowie myśli zdrowe
Więc na zebrania chodzi – nie szkodzi –
Na ważne „nasiadówki” – bez wymówki –
Bo Wera, ta Jasna… Pani, każdego otumani
Wera, w przestrzeń spoziera i… marzy… może kawaler się zdarzy
Szarmancki, z szykiem, śliczny, najchętniej zagraniczny!!
Taka to nasza Wera, Taka i jeszcze inna – tańcząca, zręczna, zwinna.
Nierówna, postrzelona, wrażliwa, przeczulona
Raz dobra, raz zła jak cholera, taka to Wera.
* * *
Po kilku latach zmagania się z chorobami zmarła 8.03.2014 r. w Szpitalu Klinicznym nr 1 przy ul. Curie-Skłodowskiej, dokonując uprzednio donacji swoich zwłok na potrzeby badań Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Rodzina dopełniła Jej woli i Uczelnia przejęła ciało. Pochowana została 11.10.2017 r. w grobie z synową Joanną i jej bratem Leszkiem. (Wspomnienie: Andrzej i Anna Rumińscy – 18.03.2014 r.)