HAJZIK Janina Maria z d. Kulesza (1922-2017) [15-35-23]

HAJZIK Janina Maria z d. Sanecka [15-35-23], urodzona 27.05.1922 r. w Warszawie. Córka Andrzeja i Marii z d. Kulesza. Zasłużona wrocławska lekarka, specjalistka rehabilitacji i medycyny fizykalnej. Jej rodzice byli nauczycielami – ojciec, kierownik szkoły powszechnej, z wykształcenia matematyk, a matka (po ukończeniu Wszechnicy Nauczycielskiej i zdobyciu uprawnień) – nauczycielka biologii, polskiego i historii. Janina uczyła się w Gimnazjum i Liceum im. J. Słowackiego. Żołnierz AK pseudonim „Janka”, „Roma”; kryptonim „892”. W konspiracji od 1939 r.; brat Andrzej (ur. 1920) wprowadził ją do organizacji PLAN (Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa). Straciła kontakt z organizacją po jej rozbiciu przez Gestapo w 1940 r. W roku 1941 została wprowadzona przez brata do NOW (Narodowej Organizacji Wojskowej). Przeszła szkolenie ideologiczne, wojskowe i sanitarne, równocześnie uczęszczając na tajne komplety i zdając maturę. Harcerka po przeszkoleniu samarytańskim, uczestniczka obrony Warszawy; początkowo łączniczka, następnie w patrolu sanitarnym na Pradze, a pod koniec walk w filii Szpitala Ujazdowskiego przy ul. Wiejskiej. Jej przydział bojowy to batalion „Gustaw Harnaś” – sanitariat – szpital przy ul. Kopernika 43. Po upadku Powiśla, w drugiej połowie września dołączyła do kompanii „Anna” w Śródmieściu. Jej brat Andrzej walczył w kompanii „Anna” na Starym Mieście, poległ 24.08.1944 r. Po upadku Powstania Warszawskiego Janina dostała się do niewoli niemieckiej. Od 5.10.1944 r. jeniec obozu przejściowego dla AK w Ożarowie, następnie przewieziona do Stalagu XIB Fallingbostel. Od listopada przebywała w części jenieckiej obozu koncentracyjnego KL Bergen-Belsen. 22.12.1944 r. przeniesiona do niemieckiego obozu jenieckiego Stalag VIC w Oberlangen. Numer jeniecki – 141700. Doczekała wyzwolenia obozu 12.04.1945 r. przez kombinowany patrol 3. Szwadronu 10. Pułku Strzelców Konnych 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka dowodzonego przez ppłk. Stanisława Pawła Koszutskiego. Wywieziona do Holandii, następnie samolotem do Anglii. Żołnierz Wojska Polskiego w Anglii. Pracowała w dziale rachunkowym, następnie w tajnej kancelarii. 16.07.1946 r. powróciła do kraju. W 1948 r. wyszła za mąż za Romana Hajzika. Skończyła medycynę. Uprawnienia lekarskie otrzymała 1.03.1953 r. Wraz z mężem przeniosła się do Kamiennej Góry, gdzie pracowała przez 12 lat w tamtejszym sanatorium przeciwgruźliczym jako lekarz. W 1962 r. przeprowadziła się do Wrocławia, do męża. Tu kontynuowała studia medyczne podyplomowe w specjalizacjach: Ortopedia i traumatologia, stopień I (12.11.1964 r.); Rehabilitacja, stopień I (5.05.1965 r.); Rehabilitacja, stopień II (18.03.1968 r.); Fizjoterapia i balneoklimatologia, stopień II (11.04.1978 r.). W wolnej Polsce została awansowana do stopnia podporucznika Armii Krajowej. Szlachetny i dobry Człowiek, nasza ukochana Mama, Babcia i Prababcia. Janina zmarła 27.01.2017 r. (Źródło – Muzeum Powstania Warszawskiego)

 

HAJZIK Janina – wspomnienia

 

Urodziłam się 27.05.1922 w Warszawie. Moi rodzice oboje byli nauczycielami, mieszkaliśmy w Warszawie. Ojciec był kierownikiem szkoły powszechnej, a matka pracowała w szkole jako nauczycielka biologii, polskiego, historii – różnych przedmiotów. Ojciec był z wykształcenia matematykiem, natomiast matka skończyła Wszechnicę Nauczycielską i tam zdobyła uprawnienia do nauczania. Miałam brata Andrzeja, starszego o dwa lata, który zginął w Powstaniu Warszawskim, na Starówce. Do szkoły chodziłam w Warszawie, do Gimnazjum i Liceum imienia Słowackiego; maturę zrobiłam w pierwszym roku wojny w ramach tajnego nauczania.

Należałam do harcerstwa od drugiej klasy gimnazjalnej. Ostatni mój stopień to samarytanka, byłam też przyboczną drużynowej do spraw pracy społecznej. Harcerstwo wywarło na mnie ogromny wpływ, właściwie można powiedzieć, że ukształtowało w dużym stopniu moją osobowość. Byłam bardzo aktywną harcerką, rozkochaną w harcerstwie, mój brat również był harcerzem i też bardzo czynnym. W Warszawie utrzymuję jeszcze kontakt z jedną koleżanką z tamtej drużyny, z tego samego gimnazjum i liceum, które ja kończyłam. Mój ojciec był ochotnikiem na wojnie w 1920 roku i tam zresztą otrzymał stopień podporucznika, matka pracowała w tajnym nauczaniu, działała całą okupację.

Pierwszego września byłam w Warszawie, byłam wtedy już po przeszkoleniu z pierwszej pomocy i w ramach harcerstwa zostałam skierowana początkowo do obsługi meldunków lotniczych nalotów na Warszawę, a później, z chwilą, gdy Warszawa była już oblężona, zostałam skierowana do patrolu sanitarnego na Pradze, a potem w filii Szpitala Ujazdowskiego przy ulicy Wiejskiej. Myśmy zbierali rannych, opatrywali ich na miejscu, tak było, jak trafiłam na Pragę akurat w trakcie nalotu. Bardzo dużo ludzi było rannych, więc opatrunki, potem przewóz do szpitali, przygodnie złapanymi ciężarówkami; rannych rozwoziło się po szpitalach, tych wojskowych i cywilnych. Warszawa była już cała właściwie jednym wielkim placem bitwy, placem boju, bombardowana była ogromnie. Potem pracowałam jako sanitariuszka w szpitalu przy ulicy Wiejskiej, aż do kapitulacji Warszawy. To była filia Szpitala Ujazdowskiego zorganizowana w dużym prywatnym mieszkaniu. Były trzy sale chorych, sala opatrunkowa i myśmy tam właściwie wszystko robiły – sanitariuszki były do wszystkiego – i do pracy zwykłej porządkowej, i do przynoszenia pożywienia i karmienia tych rannych; następnie pielęgnacja rannych na sali opatrunkowej. To był szpital wojskowy. U nas przysposobienie wojskowe było dobrze postawione, w ramach niego przechodziłyśmy przeszkolenie sanitarne z praktyką szpitalną.

Po zakończeniu działań wojennych na terenie Warszawy nadal działałam w harcerstwie. Nasza drużyna opiekowała się rannymi żołnierzami w szpitalu wojskowym przy Nowowiejskiej i tam nie tylko przynosiłyśmy potrzebne im rzeczy, ale również cywilne ubrania, żeby wychodząc ze szpitala mogli już nie być żołnierzami, żeby nie byli internowani przez władze niemieckie. Niemcy jakoś się wtedy nie wtrącali. Cała obsługa była polska. Szpital na pewno był pilnowany, ale nie jakoś specjalnie. Oprócz działalności harcerskiej musiałam podjąć jakąś pracę. Przede wszystkim uczyłam się, kończyłam ostatnią klasę liceum (to było tajne nauczanie), a później zrobiłam tajną maturę. W gmachu naszej szkoły, którą potem zlikwidowano, na Wawelskiej, my zaczęłyśmy jeszcze prawie normalnie rok szkolny. W tym budynku, gdzie potem była tylko szkoła powszechna, zorganizowano dla nas egzaminy maturalne. Matura pisemna odbywała się w prywatnych mieszkaniach, w małych grupach, natomiast ustną zdawałam w swoim własnym gimnazjum i liceum. Pisałam z polskiego wypracowanie pod tytułem „Trzy wieszczki”, chodziło o „Marię” Malczewskiego, „Rozę Wenedę” i… tej trzeciej nie pamiętam. Dostałam piątkę. Zdałam w ogóle maturę bardzo dobrze, poza tym zdawałam pisemną fizykę, też dostałam piątkę i ustna fizyka – piątka, i ustna biologia – też piątka. Podjęłam potem pracę. Najpierw jako bona do dzieci, żeby mieć jakieś zatrudnienie. Nie chodziło o pieniądze, ale o to, że ja pracuję, bo inaczej wywożono na roboty do Niemiec. Więc żebym miała jakiś dowód, że pracuję, to zaangażowałam się do takich, trudno powiedzieć, żeby znajomych, ale do dwójki dzieci, tam się nimi opiekowałam. Potem pracowałam w prywatnej pracowni obuwia letniego, jako szewc, tam się nauczyłam robić buty. Później przeszłam do hurtowni galanterii i biżuterii na Placu Żelaznej Bramy. Tam pracowałam wpierw jako ekspedientka, potem jako kierownik działu biżuterii sztucznej, a następnie jako kasjerka i buchalterka. Firma wysłała mnie na kurs buchalteryjny, skończyłam ten kurs i prowadziłam księgowość.

Moja cała rodzina była w Warszawie. Do konspiracji trafiłam przez mojego brata – początkowo do organizacji, która bardzo krótko trwała, do Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej, gdzie była ogromna „wsypa” i organizacja się rozpadła. To było jeszcze w 1939 roku. Mnie ta „wsypa” jakoś ominęła. Po prostu rozwiązano organizację, przestano utrzymywać kontakty. W 1941 roku zostałam zwerbowana do Narodowej Organizacji Wojskowej przez mojego brata, który już wcześniej wstąpił do tej organizacji i mnie również wciągnął do pracy. Brat tam trafił przez grupę przyjaciół z Gimnazjum imienia Staszica. Brat skończył rok przed wojną maturę i na ochotnika poszedł do służby wojskowej. Był w Równym, tam kończył Szkołę Podchorążych Piechoty i tam go zastała wojna, z tym, że on był razem z oddziałami internowany i dostał się do niewoli. Całe te ich oddziały dostały się do niewoli rosyjskiej – one już działały na terenach okupowanych przez Związek Radziecki. Wywozili ich na wschód. Kiedy on się zorientował, że jadą w tamtym kierunku, to ze swoim przyjacielem z tej samej grupy, z Równego, uciekli z transportu i wrócili piechotą do Warszawy. W kampanii wrześniowej walczyli bardzo krótko, właściwie od razu był rozkaz, że nie należy walczyć, że należy się podporządkować tym władzom radzieckim, dlatego, że to rzekomo sojusznicy. Brat do Warszawy wrócił późną jesienią 1939 roku. Cała paczka harcerzy z XVI Drużyny Harcerskiej Męskiej, poszła na ochotnika do wojska. Potem pozbierali się jakoś razem, mieszkali w pobliżu – trzeba przyznać – i po prostu nawiązali kontakt. Nie wiem dokładnie, w jaki sposób to się stało. Po pewnym czasie brat zaproponował mi, ponieważ tworzy się również organizacja kobieca w ramach Narodowej Organizacji Wojskowej, wstąpienie do niej. Oczywiście – wstąpiłam. Myśmy przeszły szkolenie – część w sanitariacie, część w łączności. Ja od razu trafiłam do sanitariatu. To był mój wybór. Dlatego, że kierunkowałam się na przyszłość na medycynę, ponieważ po zrobieniu matury, gdzieś w 1943 roku, zostałam zakwalifikowana przez dyrekcję naszej szkoły, na moją prośbę i w wyniku mojego starania, do szkoły Zaorskiego, do tajnej medycyny, ale nie zdążyłam już jej zacząć… Natomiast cały czas chciałam być lekarzem, to było jakieś docelowe moje na przyszłość dążenie i zgłosiłam się na przeszkolenie sanitarne, odbyłam kurs pielęgniarski, przeszkolenie szpitalne. To było w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Moją bezpośrednią przełożoną w sanitariacie była dyplomowana pielęgniarka (obecnie już nie żyje), która potem we Wrocławiu, już po wojnie, wyszła za mąż za profesora Niżankowskiego z Wrocławia. Ona mnie włączyła do tej kilkuosobowej grupki, która przeszła przeszkolenie pielęgniarskie, szpitalne, praktykę szpitalną. Myśmy otrzymały funkcje instruktorek wyszkolenia sanitarnego i potem już cały czas prowadziłam szkolenia sanitarne na terenie Warszawy, w tak zwanych „piątkach” sanitarnych i w okręgu podwarszawskim. Tym się zajmowałam do Powstania, z tym że wcześniej, przed Powstaniem, dostałam już przydział do szpitala na Kopernika 43. To były szpital dziecięcy, przewidziany jako szpital batalionu „Gustawa” i „Harnasia” i obsadzony miał być zresztą przez członkinie Narodowej Organizacji Wojskowej. I tak było. Było przeszkolenie ideologiczne, z tym że mnie interesowała przede wszystkim sprawa sanitariatu, jakoś polityka mnie wtedy absolutnie nie interesowała. Odbyłam to przeszkolenie, bo trzeba było, tak samo przeszłam przeszkolenie wojskowe – nauka o broni, różne rzeczy z dziedziny wojskowości. Zasadniczy mój przydział w działalności konspiracyjnej to był sanitariat. W akcjach konspiracyjnych nie brałam udziału. Tylko szkoliłam i pracowałam zarobkowo, bo dostałam wezwanie do Arbeitsamtu na wyjazd do Niemiec. Matka pracowała w szkole podstawowej, bo szkoły podstawowe były czynne, brat się zatrudnił fikcyjnie jako dezynsektor w ośrodku zdrowia, w takiej grupie dezynsekcyjnej i nawet założył jakąś niby-firmę. Chodziło o to, żeby mieć kenkartę jako pracujący, ale główną jego „pracą” była konspiracja. On prowadził podchorążówkę Narodowej Organizacji Wojskowej na terenie Warszawy, był jej komendantem. Nasza drużyna harcerska jakoś się rozsypała, rozleciała. W każdym razie nie pracowałam w Szarych Szeregach, jakkolwiek we wszystkich moich ankietach powojennych podawałam, że pracowałam w Związku Harcerstwa Polskiego, nie przyznając się do przydziału politycznego. Ojciec mój był cały czas w obozie jenieckim, całą wojnę. To było na terenie Niemiec, w oflagu. Walczył w kampanii wrześniowej i po kampanii dostał się do niewoli. Mama pracowała nadal jako nauczycielka. Mnie, jako że byłam zatrudniona, nie wywieziono do Niemiec na roboty. Byłam tą osobą, która faktycznie najwięcej zarabiała, utrzymującą dom. Mój przyszły mąż siedział w więzieniu – był siedem czy dziewięć miesięcy w więzieniu w Łęczycy. Z najbliższych, to mój przyszły teść, niedoszły teść, zginął w Katyniu, mój stryj i mój wujek zginęli w Katyniu, i mój brat też by prawdopodobnie zginął, gdyby nie uciekł, bo wieźli ich akurat w tamtą stronę. W czasie okupacji czytałam gazety konspiracyjne. Dostawaliśmy biuletyny, tajną prasę, biuletyny informacyjne, a poza tym nasza organizacja miała swoje pismo. (Jeszcze w czasie okupacji miałam dodatkowe zajęcie, to już było moje hobby wprawdzie, ale śpiewałam w chórze katedry warszawskiej i w konserwatorium.) Wszystko było przygotowywane do Powstania. Wiedzieliśmy, że wszyscy będziemy brali udział w Powstaniu. W naszym domu był ukryty skład broni. Mieszkałam przy Filtrowej. Długo o tej broni nawet nie wiedziałam, dopiero przed samym Powstaniem brat mi powiedział, że tutaj jest ukryta broń. Pod podłogą był specjalnie zrobiony schowek, o którym wiedział tylko on, a potem przed Powstaniem powiedział mnie jak wyjąć broń z ukrycia, gdyby on nie mógł tego zrobić. Już potem wiedziałam, że jest broń – że są karabiny, pistolety pod podłogą. Niemcy wycofywali się masowo, całe oddziały niemieckie przechodziły ulicami Warszawy na zachód i wtedy już było wiadomo, że Powstanie jest nieuniknione, że do Powstania dojdzie, tylko jeszcze nie było wiadomo – kiedy. Widać było, że Niemcy przegrywają i że to jest moment, kiedy będzie trzeba oswobodzić stolicę własnymi rękami. Sanitariat był przygotowany, dziewczyny wszystkie były przygotowane, przeszkolone, miały praktyki szpitalne. Wszystkie były przygotowane do tego, żeby potem aktywnie pracować w sanitariacie. Natomiast brat mój do końca prowadził podchorążówkę i był jednocześnie w dowództwie Narodowej Organizacji Wojskowej. Głównym dowódcą był Tadeusz Maciński, numer konspiracyjny 3097, pseudonim „Prus”. Mój brat był najpierw adiutantem jednego z najwyższych dowódców, komendantów organizacji wojskowej, potem przejął kompanię. Prosił o przydział liniowy i dostał dowództwo podchorążych kompanii „Anna”. Ja miałam przydział do szpitala na ulicy Kopernika 43. W przeddzień 1 sierpnia, jeszcze na zlecenie, jak już wszystko było przygotowane i w pogotowiu do walki, roznosiłam jeszcze meldunki, jeszcze krystalizowały się przydziały – gdzie, kto dokładnie ma się zgłosić, o której godzinie. Już było wiadomo, że godzina „W”, to jest godzina siedemnasta i że następnego dnia wybuchnie Powstanie. To już było wiadomo. Mój brat wyszedł rano na swój punkt zborny na Starówkę, natomiast ja, troszkę później po nim, do szpitala. Jak dochodziłam do szpitala, to już zaczęły się strzały, ostrzał był już na teren Uniwersytetu, bo to przy Krakowskim Przedmieściu. Biegłam z noszami z jakiegoś punktu zbornego do szpitala, ale to było bliziutko, tak że wpadłam w ostatniej chwili do swojego szpitala. W tym szpitalu byłam dokąd istniał, czyli do jakiegoś 3–4 września, bo potem już Niemcy zajmowali Powiśle i szpital został ewakuowany. Takim ogromnym przeżyciem był ten pamiętny dla nas wszystkich, którzy przeżyli, dzień 6 sierpnia, kiedy na teren szpitala wdarli się Niemcy. Tylko my, dwa czy trzy dni przedtem do szpitala zabraliśmy dwóch rannych Niemców, których z ulic dosłownie ściągnęliśmy bosakami i położyli wśród naszych rannych, na tych samych salach i tak samo się opiekowaliśmy nimi, jak wszystkimi innymi i to nas uratowało. Akurat kiedy Niemcy weszli na teren szpitala, byłam na sali operacyjnej. Było po operacji – kończyłam, porządkowałam narzędzia. Wyszłam z sali operacyjnej, przeszłam korytarzem – to taki hall był, a w nim nagle zobaczyłam, że wszystkie pielęgniarki, sanitariuszki stoją w jednej gromadzie, pod ścianą, naprzeciwko Niemcy z wycelowanymi karabinami. Nie wiedziałam nawet, że oni są na terenie szpitala. Zaraz mnie zagonili do tej gromady. Pomyślałam sobie – to już koniec, z tego się nikt nie wywinie… To jest niesamowite uczucie, bo wtedy człowiek już nic nie myśli, dosłownie tylko jedno, że to się już wszystko kończy. W tym czasie okazało się, że nasi lekarze, to był doktor Zbigniew Tabeński i jego zastępca Stefan Żegliński, również z tej samej organizacji wojskowej, prowadzili jednak jakieś pertraktacje z dowódcą tej jednostki, która wkroczyła na teren szpitala. Kiedy ci Niemcy wyszli po rozmowach i dowiedzieli się, że są ich żołnierze ranni na sali, podeszli do nich i ci Niemcy prosili ich, żeby nam nic złego nie robiono, ponieważ oni są otoczeni taką samą opieką, jak wszyscy inni, że są dobrze traktowani i rzeczywiście to nas uratowało. Dowódca tej jednostki, ponieważ miał kontakt z dowódcą lotnictwa, który działał nad Warszawą, kazał naszej komendzie wywiesić na dachu szpitala czerwony krzyż, żeby ten szpital nie był bombardowany. I rzeczywiście, do końca, do 3–4 września, szpital nie był bombardowany, pracował normalnie, z tym, że jednak częściowo, bo był ostrzał z czołgów na teren szpitala. Musieliśmy zejść do piwnic i tam się pracowało. Później jednak szpital został oszczędzony. Ewakuacja szpitala została zarządzona w pierwszych dniach września, ponieważ Powiśle padało już, poddało się. Pomagałam przy wszelkich opatrunkach, przygotowywałam narzędzia do operacji, byłam tak zwaną siostrą operacyjną. Mój główny przydział, to była sala operacyjna. A poza tym, przynoszono nam ciężko rannych, szpital był przeładowany niesamowicie, dostaw żywności było bardzo mało, z wyżywieniem było bardzo źle, zarówno dla chorych, jak i dla nas, bo myśmy praktycznie o głodzie pracowały, raz dziennie dostawało się tylko jeść. To była tak zwana „zupa-pluj”, to znaczy ugotowane jakieś zboże i coś w rodzaju czarnej kawy zbożowej i to było jedzenie na cały dzień. Ranni dostawali może troszkę lepiej, ale też bardzo trudno było z wyżywieniem. Szpital miał trochę zapasów, ponieważ to był szpital dziecięcy i tam pracowały szarytki, a one miały swoje zapasy żywnościowe. To szło przede wszystkim dla dzieci, ale również dawały dla rannych. Potem zaczęto ostrzeliwać nasz szpital, salę operacyjną ostrzelano, tak że część była zburzona, trzeba było pracować w prowizorycznej sali, ale pracowało się cały czas, właściwie jedynie z przerwą na parę godzin snu na dobę, tak dużo było rannych. Nasi lekarze operowali bez przerwy. Jeden schodził, drugi wchodził i dosłownie całą dobę się operowało. Nie byłam jedyną operacyjną pielęgniarką, były jeszcze dwie czy trzy, ale głównie salą operacyjną ja się zajmowałam. Poza tym byli ciężko ranni, a nie było krwi przecież, myśmy dawały krew – sanitariuszki, pielęgniarki, oddawały krew. Też dwukrotnie oddawałam krew. Jeden mój podopieczny, mój współbrat od krwi, przeżył, jeden zmarł, ale byłam tak wycieńczona po tym oddaniu krwi, że przez dwa dni nie mogłam zupełnie pracować. Zapasy były, mieliśmy materiał opatrunkowy taki, że można było na tym bezpiecznie pracować. Potem część naszego szpitala została przeniesiona na ulicę Konopczyńskiego i zabrano ze sobą materiały opatrunkowe z naszego szpitala, bo myśmy mieli rzeczywiście dobrze zaopatrzone magazyny. Lekarstwa były, mogłyśmy nawet wspomagać sąsiednie punkty sanitarne – tam też chodziłyśmy z materiałem opatrunkowym i robiłyśmy opatrunki. Pracowało się tak, że jak było sześć godzin przerwy na dobę, to było dobrze. Udawało się zachować warunki sanitarne, bo była woda. Był też prąd, można było pracować jeszcze. Jak już była ewakuacja szpitala, to ciężko ranni zostali wyniesieni na noszach. Ci, których można było ruszyć (bo byli tacy, że nie można było ich nieść), chodzących przeprowadzało się przez obmurowanie szpitala, w głąb, w kierunku na Śródmieście, piwnicami, przez przebite różne przejścia, wśród płonących budynków i do przejścia przez Aleje Jerozolimskie. I przez Aleje przenosiło się, przeprowadzało tych rannych na ulicę Śniadeckich – tam w dawnym Gimnazjum „Przyszłość” był zorganizowany szpital, gdzie pracował personel Szpitala Maltańskiego, który tam został przeniesiony. Ponieważ tam byli nasi ranni, a było za dużo pielęgniarek już, więc część pielęgniarek odesłano do punktów sanitarnych, część została z rannymi. […] Potrzebny był też ktoś do prowadzenia meldunków, kancelarii przy komendancie szpitala, więc mnie wytypował do sekretariatu pułkownik Tarnawski (który był dowódcą północnego odcinka sanitariatu Warszawy) i tam pracowałam u pułkownika „Tarło”, właściwie prowadziłam biuro, ale mieszkałam na terenie szpitala. Tam wydawało się legitymacje, przepustki; jak był napływ nowych rannych, to się ich rejestrowało, to była praca sekretariatu.

Mój brat zginął na Starówce, 24 sierpnia. Jego oddział był na barykadzie, ale część oddziału została na terenie kwatery i on był z tymi plutonami. Pocisk artyleryjski spadł na kwaterę i akurat wtedy brat był na korytarzu. Tam został ciężko ranny w głowę, miał złamaną nogę. Był wprawdzie natychmiast operowany, ale po czterdziestu minutach zmarł. Jeżeli chodzi o matkę, nie wiedziałam nic, co się z nią dzieje, bo została na Filtrowej, natomiast jeśli chodzi o brata, to zostałam zawiadomiona przez naszego dowódcę, przez „Prusa” Tadeusza Macińskiego. Mam nawet zawiadomienie, które mi przekazał, o śmierci Andrzeja. Brat został pochowany tam, na Starówce. Potem ekshumowali go już po Powstaniu, po powrocie ojca z niewoli. […] Ponieważ wiedziałam, gdzie jest pochowany, w którym miejscu, przekazałam przypadkowo spotkanej mojej szwagierce, gdzie jest pochowany i rodzice później odnaleźli grób, ciało i przenieśli na cmentarz wojskowy. Człowiek pracował jak w jakimś transie, właściwie wszystko było podporządkowane tej jednej sprawie, żeby wypełnić to, co było możliwe dla ratowania tych ludzi. To był tak powszechny, szalenie spontaniczny zryw, że właściwie nikt nie liczył się ze swoim własnym życiem. Tam nie było miejsca na żal, na żadną pretensję. Tak było, bo tak musiało być. Bo wiadomo było, że tak będzie. Kiedy Powstanie się rozpoczęło, armia sowiecka stała na drugim brzegu Wisły, parę kilometrów przed Pragą i przecież myśmy widzieli ich z wieżyczki na szpitalu, na którą można było wejść krętymi schodami. Było widać ich czołgi. Myśmy oczekiwali w każdej chwili, że przyjdą przecież z pomocą, że będziemy walczyć razem. Tymczasem z tamtej strony wszystko ucichło, umilkło i żadnej pomocy. Zresztą wiadomo, jak później wyglądała pomoc – w ogóle nie było pomocy. Jeden, dwa zrzuty, zresztą jeden trafiony, drugi wcale nie. Jeden większy zrzut lotniczy broni spadł na Woli, zresztą w pierwszych dniach, gdzie walczył oddział mojego brata Andrzeja. Oni się tam dozbroili po tym zrzucie, ale potem przecież nie było żadnej pomocy. Dopiero pod sam koniec Powstania był drugi zrzut, nieudany, który częściowo spadł na linie niemieckie i tylko część dostała się w ręce polskie. Natomiast w ostatnich dniach Powstania zaczęły latać tak zwane kukuruźniki sowieckie, które w skrzyniach zrzucały jakieś części uzbrojenia bez żadnych spadochronów, bez niczego. To wszystko się rozwalało kompletnie, nie było do użytku. Moje chwile odpoczynku to tyle, co przespać parę godzin i do roboty… Nic, żadnego odpoczynku. Jeden dzień był taki wspaniały, to było chyba 4 sierpnia, kiedy Powiśle było w zasadzie wolne całe i odbył się wspaniały koncert w konserwatorium, nadawany przez głośniki na ulice. To był taki moment, że człowiek czuł się nagle wolny, po tylu latach nareszcie wolny. Były też nabożeństwa. Nasz chór, do którego należałam, w czasie okupacji śpiewał na nabożeństwach w różnych kościołach Warszawy i poza Warszawą. Ludność cywilna nam pomagała, na przykład donosili nam żywność, którą mieli gdzieś zmagazynowaną, jakieś koce, pościel, bo tego wszystkiego brakowało. Życzliwość była bardzo duża. Kiedy zaczęły się naloty i bombardowania i życie toczyło się w piwnicach, to tam sytuacja była psychicznie tragiczna, bo ludzie byli stłoczeni, bez możliwości kontaktów, często w ogóle nie wiedząc, co dzieje się na zewnątrz, to było straszne. Ja nie zauważyłam żadnych odruchów niechęci czy pretensji do nas, że – coście z nami zrobili?! Do czegoście doprowadzili?! Nie, tego nie było. Przynajmniej ja się z tym nie spotkałam. Działała przecież poczta polowa. Działała przecież „Błyskawica”, nasze powstańcze radio, które miało na bieżąco wszystkie informacje. Kapitulacja. To było tragiczne. Jeszcze pod koniec września (gdzieś koło 22 września) przeszłam do swojego oddziału, który był ewakuowany kanałami ze Starówki do Śródmieścia i kwaterował przy ulicy Jasnej. Dowiedziałam się, że tam są nasze oddziały, a szpital nasz został właściwie ewakuowany (obsada też się zupełnie rozproszyła po różnych punktach), więc nie chciałam dalej pracować w kancelarii na Śniadeckich – poszłam na Jasną i tam dołączyłam do kompanii „Anna”. Z kilku kompanii zrobiono jedną kompanię „Anna”, bo po wybuchu czołgu były tam straszne straty. To była kompania mojego brata. Jego już nie było, już nie żył. Jego przyjaciel prowadził, wtedy był dowódcą kompanii. Dołączyłam normalnie do patrolu sanitarnego, ale to już były ostatnie dni Powstania, tak że akcje prawie już ustawały. Myśmy potem wszyscy razem po kapitulacji, z wojskiem, z naszymi oddziałami szli do niewoli. Od kilku dni już było wiadomo, że dalej się nie utrzymamy, że kapitulacja być musi. To było bardzo przygnębiające, a z drugiej strony wiadomo było, że każda dalsza walka to jest tylko dalsza masakra ludzi. Było wiadomo, że Powstanie musi upaść. To był oczywiście jakiś tragiczny moment, ale jednocześnie było wiadomo, że tak musi być, że to będzie. Każdy przyjmował to… Część starała się wyjść z ludnością cywilną, część ludzi nawet z oddziałów. Zarówno w szpitalu na Śniadeckich, jak i na Jasnej, byłam razem z tymi, których szkoliłam, z moimi podopiecznymi. Komendantką była jedna z moich kursantek, oczywiście dołączyłam do jej patrolu jako sanitariuszka i myśmy wyszły z naszymi oddziałami. Po przejściu kanałami ze Starówki dołączyła tam do szpitala narzeczona mojego brata, która była sanitariuszką w jego oddziale i myśmy potem trzymały się razem, ona tam została ze mną. Nazywała się Danuta Magreczyńska, obecnie żona profesora Kierzunia, ekonomisty. Poza tym moja przyjaciółka (siedziałam z nią w jednej ławce w szkole), żona Wojtka Sarneckiego, który w tym czasie był dowódcą plutonu w kompanii mojego brata, przyszła również z Danką do szpitala do mnie, ale ona odeszła z oddziałem. Zginęła w czasie Powstania. Była ranna, przebiegała przez Plac Napoleona i tam została ranna w kolano i została umieszczona w szpitalu na Świętokrzyskiej. Tam spadł ciężki pocisk artyleryjski, cały szpital się zawalił. Zginęła tam. To była taka moja najserdeczniejsza przyjaciółka, z którą razem do matury się przygotowywałam, harcerka z tej samej drużyny, z tego samego zastępu. Byłyśmy bardzo zżyte. Poza tym, jeśli chodzi o moje przyjaciółki, z którymi byłam w kontakcie, to przeżyła Powstanie późniejsza żona profesora Niżankowskiego, Jadwiga Miracka. Ona była zwierzchniczką mojego sanitariatu i została z rannymi w szpitalu, z ciężko rannymi, którzy się nie nadawali do transportu. Rannych tych przewieziono do szpitala, nie pamiętam gdzie, chyba w Mińsku Mazowieckim, w każdym razie gdzieś pod Warszawą. Zorganizowano taki szpital polowy dla rannych powstańców i ona tam z nimi była. Później podjęła też pracę konspiracyjną. Już po upadku Niemiec, przesiedziała w więzieniu parę miesięcy, skazana właśnie za pracę przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Po wyjściu na wolność przeniosła się do Wrocławia. Spotkałam ją tutaj zupełnie przypadkowo. Komendantem naszej grupy, naszego szpitala, był doktor Zbigniew Tabeński, również z tej samej organizacji, jego zastępcą był doktor Stefan Żegliński. Oprócz nich była taka młoda para – syn profesora Zaorskiego, Andrzej Zaorski i jego narzeczona Basia, którzy byli w tym czasie studentami medycyny na tajnym wydziale lekarskim i również byli w tym zespole lekarskim, traktowani już prawie jak lekarze; oni byli chyba po trzecim roku studiów wtedy. Doktor Tabeński był niesłychanym, niestrudzonym, dobrym, życzliwym człowiekiem i jednocześnie świetnym organizatorem. On w tych najtrudniejszych chwilach podtrzymywał na duchu, organizował pracę, z dużym talentem, żeby wszyscy byli zaopatrzeni, tak jak trzeba i zoperowani… Jestem pełna podziwu dla ich pracy. Potem doktor Żegliński przeszedł na ul. Konopczyńskiego, objął tamten szpital, kiedy nasz się podzielił i został z nami tylko doktor Tabeński i właśnie ta młoda para. Wiem, że doktor Tabeński wyszedł również z ciężko rannymi ze szpitalem i był w podwarszawskim szpitalu polowym. Potem długo nie wiedziałam o nim nic, dowiedziałam się już po powrocie do Polski, że był profesorem Katedry Chirurgii Dziecięcej w Krakowie. I jeden raz go jeszcze widziałam na takim ogólnym zjeździe batalionów „Gustaw-Harnaś”, który się odbył w Warszawie – to było już dobrych parę lat po wojnie. Uważałam, że jestem żołnierzem do końca, nie zrzekałam się. My, wszystkie kobiety uczestniczące w Powstaniu, otrzymałyśmy prawa kombatanckie. Wiadomo było, że idziemy do obozów jenieckich, a nie gdzieś, nie wiadomo gdzie. Razem byłyśmy do końca z oddziałami i razem wychodziłyśmy do niewoli. To było 5 października. 3 października była podpisana kapitulacja i 5 października był wymarsz do niewoli. Wychodziliśmy oddziałami, z bronią, przechodziliśmy akurat przez […] Raszyńską, Filtrową, niedaleko miejsca, gdzie mieszkałam (bo mieszkałam przy Filtrowej). Widziałam spalony dom i nigdy nie zapomnę momentu, kiedy przechodziliśmy przez Plac Narutowicza i koło domu akademickiego było zdawanie broni i była taka śmiertelna, głucha cisza. Dosłownie nie było żadnego dźwięku, jak się szło ulicami. Było słychać tylko tupot butów. Nikt nic nie mówił i potem, jak już się wchodziło na Plac Narutowicza, koło tego domu akademickiego stali Niemcy z koszami, do których rzucało się broń. Ten szczęk rzucanej broni… To było straszne! W takiej głuchej ciszy, gdzie dosłownie słowo żadne nie padło. Nikt nic nie mówił. Niemcy też. W absolutnej ciszy się to odbywało. Tylko ten szczęk rzucanych karabinów, rzucanych pistoletów, rzucanej broni. Dalej szliśmy do Ożarowa. Cała nasza kolumna jeniecka szła tam, oczywiście już pilnowana przez wachmanów. Nie wiem, czy to byli esesmani czy tylko wachmani, w każdym razie to było trzydzieści parę kilometrów. Wyszliśmy rano o godzinie dziewiątej, ruszyliśmy do wymarszu, a gdzieś o jedenastej w nocy dopiero przyszliśmy do Ożarowa. To było strasznie męczące. Szło się już prawie śpiąc. Co godzinę był kilkuminutowy postój i dalej w drogę. Pamiętam, że szłam razem z Andrzeja narzeczoną, która ze mną była cały czas pod koniec, szłyśmy obok siebie i tak jedna drugą podpierała, bo idąc prawie spało się. Kiedy doszłyśmy do Ożarowa, to nas spędzono do hali fabrycznej, do późniejszej fabryki kabli. Takie olbrzymie hale, gdzie było porozrzucane trochę gdzieniegdzie słomy, tam już masę ludzi leżało dosłownie na ziemi. Pamiętam tylko, że szłam pomiędzy tymi ludźmi i zaczepiłam nogą o kogoś… tam się przewróciłam i tam już zostałam. Nie byłam w stanie już się dalej ruszyć. To było potworne zmęczenie, wycieńczenie, bo przecież nie tylko nie było odpoczynku żadnego, ale i nie było żadnego jedzenia, co kto miał, ewentualnie zabrał ze sobą jeszcze z Warszawy. Miało się jakąś prowizorycznie zrobioną torbę na plecach i koniec. To był cały nasz ekwipunek. W Ożarowie byliśmy trzy dni i po trzech dniach nas partiami pakowano do wagonów towarowych i rozwożono do obozów. Nasz oddział, ten z którym ja wyszłam i te kobiety z oddziału, jechały w jednym transporcie. Jechałyśmy chyba trzy dni. Wypuszczano nas raz na dobę, żeby móc się gdzieś załatwić, dano nam, już nie pamiętam… po kawałku chleba na to wszystko. Tak się jechało w zaplombowanych wagonach, stojąc gdzieś po drodze na tych bocznicach, aż wreszcie dowieziono nas do Fallingbostel. To był pierwszy nasz obóz, tam byli nasi chłopcy, jak to się mówiło, nasze dziewczyny. W Fallingbostel już oddzielono mężczyzn i kobiety, do oddzielnych baraków. To był olbrzymi międzynarodowy obóz, który liczył ponad jedenaście tysięcy jeńców, gdzie byli i Francuzi, i Anglicy… różne narodowości. Myśmy, chcąc dodać sobie animuszu, a jednocześnie pokazać, że jesteśmy coś warci, szli elegancko, równym krokiem przez ten obóz, pomiędzy poszczególnymi sektorami, śpiewając powstańcze piosenki. Ci wszyscy jeńcy witali nas niesłychanie entuzjastycznie, z brawami. Wiadomo było, że idą jeńcy Armii Krajowej. Nasze baraki mieściły się na skraju obozu. Mężczyzn, oficerów, od razu następnego dnia czy po dwóch dniach oddzielono i wywieziono do Bergen-Belsen, natomiast my zostałyśmy jeszcze trzy tygodnie… Tam byli wrześniacy, nasi jeńcy jeszcze z września, więc oczywiście wszyscy na wyścigi, w czym mogli, to chcieli nam pomagać, pomagali nam. Przysyłali nam ubrania, koce, paczki żywnościowe – oni dostawali paczki z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, to się zrzekali swoich paczek. W tym dniu, kiedy nas przywieziono, to się zrzekli swojego posiłku, żeby nas dokarmić jakoś, żeby nas doprowadzić do jakiegoś lepszego stanu. Byłyśmy wycieńczone, wygłodniałe, wymęczone potwornie, brudne. Baraki były okropne, brudne, już wycofane z użytku i tam nas zakwaterowano, całą gromadę kobiet. Było nas czterysta ileś kobiet w tym obozie i od razu rozdzielono kobiety-oficerów od kobiet o niższych stopniach. […] Kobiety-oficerów wywieziono od razu do innego obozu, natomiast my zostałyśmy. Ja właściwie nie miałam żadnego stopnia, byłam sanitariuszką, czyli tak jak szeregowiec. Zostałyśmy, ale z rozkazu naszego naczelnego dowództwa organizacji kobiecej ogólnowarszawskiej, kilka kobiet-oficerów ukrywszy swoje stopnie wojskowe, zostało przydzielonych do stalagu jako komenda obozu. I miałyśmy rzeczywiście wspaniałą komendę. Naszą komendantką była Irena Milewska, pseudonim „Jaga”, wspaniały organizator i fantastyczny człowiek. Potrafiła ten obóz jakoś postawić na nogi, doprowadzić do ładu, tak że myśmy się tam wszystkie pozbierały wreszcie, że te brudne, okropne baraki doprowadziłyśmy do porządku, żeby jakoś mieszkać, jakoś w tym się zorganizować. Były codzienne apele. Na razie tylko było wiadomo, że to jest obóz przejściowy dla nas, bo pod koniec grudnia, akurat w przeddzień Bożego Narodzenia zostałyśmy przewiezione do obozu w Bergen-Belsen. To był obóz koncentracyjny, głównie byli tam Żydzi, ale naszą część obozu zrobiono jako część jeniecką, na innych prawach, na innych warunkach, tylko że z daleka było widać szubienicę i tam stale ktoś wisiał na niej. To było okropne. Tam warunki lokalowe były lepsze, o tyle lepsze, że już nie był taki strasznie brudny ten obóz, nie taki zawszony, ale za to strasznie ciekło z dachów, była straszna wilgoć. Jakoś organizowałyśmy się do tego nowego życia. I były mniejsze sale, bo w Fallingbostel to były ogromne sale na dwieście osób – takie dwa baraki nam przydzielono, a w Bergen-Belsen miałyśmy już lepsze warunki, bo były mniejsze sale, po trzydzieści parę osób. Oczywiście, łóżka piętrowe, bo to w każdym obozie tak było, ale już jakieś możliwsze warunki. Tam nasza komenda zdołała (jakim cudem, to nie wiemy do tej pory, nikt nie wiedział, jak) zawiadomić Czerwony Krzyż, że tu jest obóz jeńców wojennych, kobiet. Nigdy przedtem kobiety nie były w jenieckim obozie, więc to była zupełnie unikatowa sprawa. Przyjechała inspekcja z Czerwonego Krzyża. Traktowano nas tam zupełnie znośnie i, jak to w stalagach, pracowało się kuchni, w pralni, na komenderówkach, przy wyładowywaniu brukwi (bo obóz żywił się właściwie wyłącznie brukwią i ziemniakami, i robaczywym grochem). W każdym razie była praca. Za drutami, w odległości kilku metrów, był oflag męski, ale im nie wolno było pracować, bo w oflagach się nie pracowało. Pracowały tylko stalagi. Chodziłyśmy na komenderówki, na przeładunek brukwi i wracając, każda mogła wziąć ze sobą brukiew, oczywiście brało się nie jedną, ale dwie i wracając, umówioną piosenką zawiadamiałyśmy naszych kolegów zza drutów, że wracamy z komenderówki, że będzie brukiew do jedzenia, do przerzucenia przez druty. To była taka piosenka… nie pamiętam już, jak ona brzmiała, w każdym razie było wiadomo, że to jest powrót z komenderówki i że oni dostaną zapas, trochę żywności. Idąc między drutami, między ich a naszym obozem, przerzucałyśmy tą brukiew do nich, część zostawiając sobie. To było wielkie podtrzymanie, bo straszny głód panował, brak wszelkich witamin, awitaminoza się szerzyła, był duży szkorbut w obozie, dosłownie zęby jak klawisze chodziły, ruszały się, a przecież żadnych surówek się nie dostawało, żadnych witaminowych leków się nie dostawało. Część dziewcząt zresztą chorowała na różne choroby, była wilgoć, więc reumatyzm się szerzył. Prawdopodobnie wtedy dostałam reumatycznego zapalenia mięśnia sercowego i przechorowałam się też nieźle. Jak później robiono selekcję na wyjazd do pracy, to była komisja lekarska niemiecka i wszystkie byłyśmy przebadane. Dwie z naszego grona, niestety w tym ja – akurat miałam ostre zapalenie mięśnia sercowego – zostały zdyskwalifikowane, nie nadawałyśmy się do pracy. To groziło… Bo cóż zrobią z dwiema takimi nieudacznymi? Wyrzucą do obozu koncentracyjnego, bo to przecież najprościej. Tymczasem zmieniono decyzję i zamiast nas rozwieźć na komenderówki do różnych prac polowych, zgarnięto cały obóz i w przeddzień Bożego Narodzenia znów nas zapakowano do towarowych wagonów, wszystkie, zdolna czy niezdolna, jak byłyśmy i cały obóz został przewieziony do Oberlangen, nad granicę holenderską. Byłyśmy drugą grupą, która przyjechała do Oberlangen, bo już była jedna grupa przed nami. To było 22 grudnia wieczorem. Byłam razem z narzeczoną Andrzeja, razem się już trzymałyśmy stale. Wigilia… Straszny głód – dostałyśmy po kromce spleśniałego chleba, odrobinę jakiejś niby-marmolady, jakieś ziółka do picia i to było wszystko. Baraki były okropne, bo jeszcze po jeńcach, po więźniach polskich, włoskich, zapluskwione, zarobaczone – potworne były warunki. Mój Boże, jak spędziłyśmy święta? Żeby się podzielić opłatkiem, to wzięłyśmy kawałek tego zapleśniałego chleba, poszłyśmy za barak i tam patrząc sobie w niebo, w stronę naszą, czyli na wschód, podzieliłyśmy się tym nieszczęsnym chlebem. Tymczasem nasze koleżanki, które przyjechały wcześniej, zrobiły nam niespodziankę i miały jakieś zapasy, coś zorganizowały, więc przyszły i podzieliły się, tak jakoś nawiązały się takie serdeczne stosunki. Wyzwolona zostałam 12 kwietnia 1945 roku. To był zbieg okoliczności niesłychany, bo na tym odcinku, niedaleko obozu już maszerowała brygada pancerna generała Maczka, w ramach armii kanadyjskiej i dowiedzieli się oni od Niemców, że tu niedaleko jest obóz, w którym są Polacy, ale oni nie wiedzieli, że to jest obóz kobiecy. I jeden taki zespół zorganizowany przez pułkownika Stanisława Koszutskiego, który zwerbował kilku swoich podkomendnych (12 żołnierzy), na jednym czołgu, dwóch samochodach zwiadowczych i motocyklu wyjechał w stronę obozu na zwiad… Oni do ostatniej chwili nie wiedzieli, że to jest obóz kobiet. Wywiązała się krótka strzelanina, bo z wieżyczek zaczęli strzelać, ale zaraz ich uciszono, bo nasi odpowiedzieli z czołgu i rozwalając druty, bramę wpadli tym czołgiem na teren obozu. Cały obóz, Niemcy, byli przygotowani na to, że ich panowanie tutaj się kończy, więc nam nie pozwolono tylko wychodzić z baraków, ale jak już ten czołg wjechał na teren obozu, to myśmy wszystkie naturalnie wybiegły z baraków i jedna po francusku, druga po angielsku, bo nie wiedziałyśmy, z kim mamy do czynienia, zaczęłyśmy wołać, a oni: „My Polacy! Dziewczyny, co jest z wami?!”. I dopiero dowiedzieli się, że to jest obóz kobiet – jeńców wojennych. Nas było tysiąc siedemset dwadzieścia osiem w tym obozie, przywiezionych z różnych obozów, między innymi z Lamdsdorfu, z obecnych Łambinowic. To był jeden olbrzymi stalag Oberlangen 6C, blisko granicy holenderskiej, zdobyty przez naszych maczkowców. I oni byli zaskoczeni, i myśmy były zaskoczone. To był niesłychany wybuch jakiegoś entuzjazmu, radości, jak zobaczyli kobiety i to jeszcze z Warszawy, i to jeszcze z Armii Krajowej! To było dla nich samych ogromne zaskoczenie. Ponieważ u nas w obozie panował bardzo duży rygor i obóz był świetnie zorganizowany, więc natychmiast komendantka zarządziła apel i zameldowała – już równo, pięknie, wszystkie stojące w szeregach – że obóz jeńców wojennych Armii Krajowej liczy tysiąc siedemset dwadzieścia osiem kobiet i doszło w tym czasie, urodziło się, jeszcze dziewięć niemowląt. Stan jeńców zwiększył się o dziewięć. One też miały swoje numery jenieckie, te dzieci. […] Pułkownik Stanisław Koszucki bardzo pięknie opisał w swoich pamiętnikach ten moment wyzwolenia, że to było zachwycające. Oni byli wszyscy zdumieni. Zaczęły się oczywiście odwiedziny, przyjazdy. Ponieważ obóz był świetnie zorganizowany, natychmiast ruszyła szkoła w obozie, zarówno szkoła na poziomie podstawowym, jak i gimnazjum. Był zespół teatralny, była z nami przecież Zelwerowiczówna, córka Zelwerowicza „Muza”, więc od razu zorganizował się teatr. Zorganizowały się kursy języków obcych, kursy łączności. Nasza komendantka zażądała, żeby był jakiś kapelan, żeby była jakaś opieka religijna, więc z obozu jenieckiego ściągnięto Włocha i myśmy urządziły w jednym z baraków piękną kaplicę, ozdobioną pięknymi, różnymi metalowymi wycinankami i różnymi ozdobami o treści religijnej na ołtarz. Tam się odprawiały codziennie msze. Msze były po łacinie. Dziewczyny służyły do mszy elegancko. Wszystko po łacinie się odbywało, bo wtedy jeszcze nie było w żadnym innym języku niż łacina. Uroczystości wielkanocne, całe Triduum, z palmami, wszystkie uroczystości religijne były wspaniale zorganizowane. Teatr działał, ciągle wystawiało się sztuki – „Zemsta”, „Śluby panieńskie”, kabarety różne. To było doskonale zorganizowane dzięki wspaniałej komendzie, którą miałyśmy. Niemcy przychodzili na nasze wszystkie przedstawienia. Komendant obozu był w randze kapitana, ale nie jakiś esesman, tylko normalny żołnierz, który naprawdę miał nawet dużą sympatię dla nas. Bardzo szanował naszą komendantkę, był zawsze wobec niej bardzo elegancki, bardzo ładnie się zachowywał, a wachmani to byli przeważnie starsi ludzie, którzy nas tam pilnowali. Chodziłyśmy na komenderówki, bo obowiązywała praca – pralnia, kuchnia, przywożenie torfu na takich okropnych wózkach. Nie wolno nam było chodzić w naszych butach, tylko w drewniakach, w takich sabotach drewnianych. W tym się fatalnie zimą chodziło, bo po śniegu jak się szło, to ten śnieg się nabijał coraz wyżej, szło się jak na szczudłach i ciągnęło się jeszcze ten wózek załadowany torfem do obozu, bo na rzecz obozu wykonywało się wszystkie możliwe prace. Nie można było powiedzieć, żeby ktoś się w obozie nudził. Tak było to zorganizowane. Co było męczące, to rzeczywiście te apele, na których zwłaszcza na początku (bo potem już tak nie było) po kilka godzin nas trzymali, zmarznięte, zanim nas policzyli wszystkich, a to była zima jeszcze. Były trzy okropne wachmanki, kobiety, najgorsze z całej tej naszej obstawy niemieckiej, bardzo niesympatyczne, wręcz ordynarne… I zastępca komendanta, to był esesman, który gdzie mógł, to nam dokuczał. Oczywiście jedzenie było robaczywe, paskudne, jakiś tam jarmuż i parę ziemniaków, było głodno. Trzypiętrowe prycze z kłującymi deskami, walące się niektóre, nie bardzo było na czym spać, tam siennika w ogóle nie było, tylko jakieś trochę słomy, jeśli była i deski tylko, warunki bardzo trudne w tym obozie. Ponieważ było wiadomo, że ofensywa idzie dalej w kierunku na zachód, z zachodu już też, że ta wojna się kończy, to już wszystko można było znieść, byle tylko dotrwać do końca. Zawiązały się tam oczywiście wszelkie sympatie, pary małżeńskie. Wśród maczkowców i naszych dziewczyn. Kilka małżeństw w ten sposób powstało. Po uwolnieniu obozu dostałam się do grupy, która przygotowywała sąsiedni obóz, bo w sąsiedztwie, pięć kilometrów od nas, w Niederlangen, był obóz dla „niepewnego elementu niemieckiego”. Tam Niemcy byli, ale były warunki zupełnie inne. Niemców już oczywiście nie było, ich już zabrali, a myśmy miały być przeniesione do tego obozu. Byłam w grupie, która urządzała ten obóz w Niederlangen. Na terenie obozu Oberlangen byłam drużynową, bo barak to była kompania, były plutony i były drużyny, a potem z tego Niederlangen zaczęto nas rozwozić po różnych obozach, cywilnych również. Część pojechała do Armii Andersa, a ja dostałam się do grupy, było nas osiemdziesiąt siedem, która została przez komendę oddelegowana do lotnictwa, do Pomocniczej Lotniczej Służby Kobiet, po cichu, bo nie było wolno nas wywozić poza teren Niemiec… Tak samo do Włoch jechały po kryjomu. Nas wykradziono właściwie ciężarówkami z tego obozu Niederlangen, wywieziono do Holandii, gdzie byłyśmy przez jakieś dwa tygodnie, przeszłyśmy badania lekarskie i przewieziono nas samolotami do Anglii, pod Manchester, do Winslow i tam przeszłyśmy kurs rekrucki i zostałyśmy rozdzielone do stacji lotniczych. Dostałam się do dowództwa w Londynie i tam już pracowałam przez rok. Byłam najpierw w rachubie, to znaczy w dziale rachunkowym, potem przeniesiono mnie do kancelarii, i do kancelarii tajnej. Różne meldunki przekazywałam do dowództwa. Ponieważ przez moje ręce przechodziły również listy repatriacyjne, bardzo chciałam wrócić już do kraju, bardzo przeżywałam ten pobyt na obczyźnie. Nostalgia, tęsknota za krajem, za rodziną, za bliskimi… Już wiedziałam, bo nawiązałam jeszcze w obozie jenieckim kontakt z moją ciotką w Łodzi, że matka żyje, że mój narzeczony żyje. Bardzo chciałam wracać do kraju. Akurat przyszła lista, na której były pierwsze kobiety przewidziane do repatriacji, z lotnictwa – tam były cztery kobiety, które zgłosiły się na wyjazd. Ja to wzięłam, nakręciłam na maszynę i dopisałam swoje nazwisko. W ten sposób znalazłam się na liście repatriacyjnej. Do Polski wróciło nas wtedy pięć, w lipcu 1946 roku. 16 lipca znalazłam się w Gdańsku – „Sobieskim” nas wieziono. Wróciłam w 1946 roku do Warszawy. Wyjechała po mnie moja mama, którą zawiadomiłam depeszą, że wracam; już nawiązałam kontakt, już pisałyśmy do siebie, że wracam do Polski. Przyjechałyśmy, cały ten transport „Sobieskim”, było nas tam tylko kilka kobiet. To był szok dla nas, bo dopływałyśmy do Gdańska i człowiek płakał ze wzruszenia, że wraca do Polski, do kraju, że to będzie kres jego podróży. Na redzie stały już wagony towarowe, do których prosto ze statku nas zapakowano i wywieziono do obozu we Wrzeszczu, pod Gdańskiem i zamknięto. Tam się dopiero odbywało przesłuchanie, kto wraca, po co wraca, dlaczego wraca, kogo znał, a kogo nie znał, a gdzie był. To było okropne! Musiałam też przejść to przesłuchanie. Naurągałam temu przesłuchującemu mnie, bo zapytał mnie, po co ja wracam, czy mi tam źle było, że ja wracam. Tego typu głupie, poniżej wszelkiego poziomu pytania… Starałam się mu odpowiedzieć tak, żeby nie miał wątpliwości, co o nim myślę i o tego rodzaju postępowaniu. Tam chyba pięć dni byliśmy i zaczęto nas po kolei wypuszczać. Ponieważ w grupie tej, w której wracałam, wracali też z Armii Andersa żołnierze i jednym z funkcyjnych tej grupy, która wracała, był, nie pamiętam, w jakim stopniu, chyba sierżant, który – okazało się – został jednym z komendantów obozu przejściowego we Wrzeszczu. On wydał przepustkę dla mojej mamy, żeby mogła wejść na teren obozu, bo tak to nie można było – dookoła obozu chodził żołnierz z karabinem, nikomu, nawet z rodziny, nie wolno było podejść. Mnie i jeszcze dwie wypuszczono od razu, jakoś szybciej przeszłyśmy badania, wróciłam do Warszawy i tam spotkaliśmy się z moim obecnym mężem, z powrotem zjechaliśmy się. Zaczęłam studia w Łodzi na stomatologii, bo już było po egzaminach w Warszawie. Mama, do której już z Anglii pisałam, zapisała mnie na egzamin wstępny, ale za późno wróciłam, żeby zdawać na medycynę, więc zdawałam na stomatologię. Dostałam się w Łodzi, byłam na stomatologii dwa i pół roku. W tym czasie już pobraliśmy się i przeniosłam się… To nie ja się w zasadzie przeniosłam. Mój mąż pracował wówczas w Bratniej Pomocy i miał jakieś kontakty z tymi profesorami, wywojował na którejś z kolei radzie wydziału, że mnie ze stomatologii przeniesiono na medycynę, bez straty roku wprawdzie, ale bez uznania egzaminów z drugiego roku, tak że musiałam egzaminy powtarzać. Część mi zaliczono jednak, część powtórzyłam. Skończyłam medycynę. Pracowałam jako lekarz. Mieliśmy już wówczas z mężem dwoje dzieci i dostaliśmy przydział do Kamiennej Góry, do sanatorium przeciwgruźliczego. Dziesięć lat pracowaliśmy w Kamiennej Górze, potem mąż dostał etat w Klinice Dziecięcej we Wrocławiu. Jeszcze dwa i pół roku był mężem dojeżdżającym, a ja zostałam z dziećmi, jeszcze tam pracowałam. Potem przenieśliśmy się wszyscy do Wrocławia. Tu już zaczęłam specjalizację w ortopedii.

Spisała Magdalena Miązek, Wrocław 23.03.2005 r.