BACZMAŃSKI Władysław (1923-2014) [16A-1-6]

BACZMAŃSKI Władysław [16A-1-6] urodzony 1.06.1923 r. w Gańczarach koło Lwowa. Wychowany został przez ojca „peowiaka”, w tradycji patriotycznej i niepodległościowej. Wybuch wojny przerwał edukację chłopca, ale był sprawdzianem z wpajanych przez ojca zasad i ideałów. We wrześniu 1942 r. Baczmański wstąpił do AK. Należał do grupy, która miedzy innymi osłaniała miejsca alianckich zrzutów dla partyzantów, a także ubezpieczała polskie wsie, zagrożone przez nacjonalistów z UPA. Równocześnie, bo żyć przecież trzeba, handlował i kombinował we Lwowie. Tam poznał prawdziwych „batiarów”, z którymi się zaprzyjaźnił i w pewnym sensie stał się jednym z nich. Widomym śladem tej przyjaźni była piękna, lwowska gwara, którą pan Władysław posługiwał się chyba najlepiej we Wrocławiu… Do Lwowa wkroczyli ponownie bolszewicy. Zaczęły się represje i aresztowania. NKWD szukało akowców. „Do dziś słyszę stukot kopyt na lwowskim bruku” – wspominał Baczmański – „Płacz dzieci i krzyki – Ruki wwierch, NKWD! Tego nigdy nie zapomnę!”. W obawie przed aresztowaniem uciekł do Lublina. Wstąpił, jak wielu jego kolegów, do II Armii Wojska Polskiego. Potem został wojskowym zarządcą majątku w Anabergu, około 15 kilometrów od Drawska Pomorskiego. Razem z grupą żołnierzy nadzorował pracę pozostałych tu Niemców i pilnował majątku przed szabrownikami i Sowietami. Niemcy mieli do niego zaufanie, a on kilkakrotnie im pomagał. Pewnego razu, w pobliskim klasztorze, pojawili się Rosjanie, którzy gwałcili zakonnice. Baczmański wpadł tam ze swoimi chłopakami, przyłożył sowieckiemu dowódcy spluwę do głowy i w ten sposób udaremnił „sojusznikom” kontynuowanie jednego z ich ulubionych zajęć. Po zdemobilizowaniu 20 grudnia 1946 r. przyjechał na Dolny Śląsk. W styczniu 1947 r., namówiony przez kolegów ze Lwowa, wstąpił w szeregi zrzeszenia WiN. W ramach tej organizacji zajmował się wywiadem wojskowym, obserwował sowieckie lotnisko, Urząd Bezpieczeństwa w Trzebnicy, śledził ubeckich kapusiów. Aby zdobywać jak najwięcej informacji nawiązał znajomość z niejaką panią Gienią z wywiadu śledczego UBP. Ot, posunięcie godne lwowskiego batiara! Pozyskiwane informacje w formie raportów przekazywał dalej. Przede wszystkim jednak angażował się w przerzut zagrożonych aresztowaniem patriotów do Szwecji. Wręczał, komu trzeba, łapówki, załatwiał fałszywe papiery, organizował transport. Uratował w ten sposób kilkanaście osób, między innymi kolegę Staszka Tasa, który jako Zenon Zadurski dostał się do Szczecina i – ukryty w ładowni statku – bezpiecznie dotarł do Szwecji. W 1949 r. Baczmański rozpoczął we Wrocławiu studia prawnicze. Cóż z tego – zaraz potem został aresztowany. Przeszedł gehennę ubeckiego śledztwa, ale twardo nie przyznał się do stawianych zarzutów. Śledztwo trwało „w odcinkach” – najpierw sześć, potem dwa miesiące. Cele i korytarze sławnego „pałacyku pod blachą” na skrzyżowaniu Podwala i Łąkowej zapamiętał na zawsze. I bicie. Sadzanie na nodze odwróconego stołka, bicie po głowie, po piętach, brzuchu, polewanie wodą, karcer i podsuwani do celi ubeccy kapusie. Pamiętał też towarzyszy niedoli, między nimi starego, lwowskiego złodzieja, który kurował go po kolejnym przesłuchaniu. Nie zapomniał też oprawców – tych o obco brzmiącym akcencie i tych o mało słowiańskim wyglądzie… W maju 1950 r. rozpoczął się proces. Prokurator zażądał piętnastu lat dla bandyty Baczmańskiego. W końcu zapadł wyrok – osiem lat więzienia. Wyrok został obniżony do pięciu lat, z czego, koniec końców, pan Władysław odsiedział trzy. Poznał Sądową, Kleczkowską, kopalnię miedzi w Wilkowie, kopalnię glinki koło Strzegomia. I znów Kleczkowską. Cele, klawisze, współwięźniowie i kapusie. Na Kleczkowskiej słyszał, jak prowadzą na śmierć kilkunastoletnich chłopców, pewnie harcerzy, skazanych za przynależność do antykomunistycznej organizacji. „Pamiętam jak płakali i wołali – Mamo! Mamo! Ratuj!” – wspominał pan Władysław – „Potem rozmawiałem z katem, który ich wieszał. To był repatriant z Francji. Opowiadał, że żal mu się ich zrobiło, głaskał ich po głowach i obiecywał, że położy im trochę watki pod sznur, żeby ich nie bolało… ” Wyszedł z więzienia. Niby świat wokół zaczął się zmieniać, ale odium winowskiej przeszłości ciągnęło się za nim cały czas. Co robić w życiu? Na prawo nie chcieli przyjąć, na ekonomię też nie, bo bandyta nie może się kształcić. Dzięki pomocy lwowiaków – prof. Tołpy, red. Tadeusza Banasia z Polskiego Radia, a zwłaszcza jego szwagra prof. Hohenberga, dostał się do Wyższej Szkoły Rolniczej. Poznał też Andrzeja Waligórskiego i dzięki niemu współpracował z radiem. Ze Zbyszkiem Ogiełłą stworzył duet „Jóźku i Miśku”, wzorowany na „Szczepciu i Tońciu”. Niestety, mimo ogromnego zainteresowania słuchaczy, audycja została zdjęta – lwowskie resentymenty nie leżały w interesie partii. Potem była Estrada Radiowa i Estrada Dolnośląska, z którą Władysław Baczmański jeździł po całej Polsce. To kilka lat wspaniałej przygody, niezłych zarobków i popularności, współpraca ze znakomitymi autorami, bale w lokalach i piękne dziewczyny, mnóstwo pięknych dziewczyn kręcących się wokół artystów. Jednego tylko pan Władysław przeboleć nie mógł – tego, że niektóre teksty pisał… Wojciech Dzieduszycki. „Jakbym ja wówczas wiedział, że to kapuś… Ech!” – wzdychał. Baczmański skończył szkołę rolniczą, założył rodzinę, pracował zawodowo. Był zadowolony ze swego, jakże barwnego i ciekawego, życia. Nie żałował niczego. Był szczęśliwy. Ale oprawcom nigdy nie przebaczył. Władysław zmarł 11.06.2014 r. (wspomnienia Marcina Bratke)