TRAFIKOWSKA Irena z d. Skibińska [19-20-24], urodzona 23.08.1925 r., harcerka, żołnierz Powstania Warszawskiego (batalion Parasol – sanitariuszka łączniczka); działaczka wrocławskiego zarządu AK. Zmarła 16.11.2013 r.
Wspomnienia
Przed 1 września 1939 roku byłam harcerką i uczennicą, w wakacje zdałam do drugiej klasy gimnazjum w Kutnie. Rodzina mieszkała w Kutnie. Ale tu muszę małą dygresję wtrącić. Moja matka pochodziła z Warszawy, gdzie skończyła szkoły. Po pierwszej wojnie światowej był styl, żeby jechać i działać na prowincji. Moja matka przyjechała właśnie do Kutna. Była z wykształcenia położną, założyła tam związek położnych z całego powiatu i działała społecznie na różnych polach. I tak już w tym Kutnie została. Tam urodziłam się ja i mój brat po trzech latach. Tam chodziłam do szkoły. Gdy przyszła wojna, Niemcy zamknęli nam szkołę w 1940 roku na wiosnę. Kazali oddać mundurki. Ja mundurka nie oddałam, tylko zmieniłam guziki błyszczące na zwyczajne. Zaczęło się bezrobocie. Uczyliśmy się w domach. Było jednak widać, że coś nad nami wisi. W 1941 roku na wiosnę nasiliły się wywózki młodzieży. Mnie wywieźli w październiku 1941 roku. Nasz transport jechał ku Lubece. W Lubece była fabryka amunicji. Po drodze uciekłam. Nie miałam jednak dokumentów, bo zabierali je przy transportach. Szłam piechotą z powrotem. Nie spotkałam żadnego żandarma, nikt mnie nie zapytał o dokumenty. Doszłam do zaprzyjaźnionego domu w Kaszliwicach, zatrzymałam się tam. Tak zaczęła się moja wędrówka po domach, gdzie ukrywano mnie przez kilka miesięcy. Ja chciałam dostać się do Warszawy, więc obiecywali mi ciągle, że przewiozą mnie na tendrze lokomotywy, ponieważ pociągi przechodziły przez granicę między Wartegau a Generalną Gubernią, a Kutno znalazło się w Wartegau. Tak trwało do lutego. W lutym powiedziałam sobie, że idę do Warszawy piechotą. Dzień był mroźny, śnieżny, bielusieńka szosa. O zachodzie słońca zostawiłam za sobą tarczę słońca zapadającą się w czerwień. Trzymając pod pachą pół kilo cukru, w granatowym płaszczyku, bereciku, bucikach zimowych wędrowałam szosą ku Warszawie. Jakieś 136 kilometrów przede mną było. Na pewnym odcinku dogoniły mnie sanki dzwoniące i głos woźnicy: „A panienka to tak dokąd?”. A ja, zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że do Warszawy. „To daleko, może ja podwiozę” – usłyszałam. Wsadził mnie na swoje sanki, zawiózł do swojego domu. Tam były dwie dziewczyny. Pamiętam, że kąpałyśmy się w dużej balii. Potem już nie wypuścił mnie spod swojej opieki. W efekcie znalazłam się nad granicą, w domu, gdzie było kilku takich amatorów do przejścia przez granicę. Wyznaczał ją biały, zamarznięty strumień. Wieś była na jednej skarpie, a na drugiej już była Generalna Gubernia. Czekaliśmy tam na to, aż będzie miał służbę zaprzyjaźniony z tym gospodarzem żandarm. On nam miał dać białe prześcieradła, żebyśmy jako duchy przeszli przez mostek przy strumieniu. Trochę bawiła mnie ta inscenizacja. Ale jedna noc, druga noc minęły. Zobaczyłam, że nie jestem sama na tym wózku, że tam chodzą różne takie robaczki. Pomyślałam sobie, że nie będę czekać i sama to zrobię. W biały dzień, w tym granatowym płaszczyku zeszłam skarpą na mostek i przeszłam go nie oglądając się na prawo ani na lewo. Nikt za mną nie zawołał, nikt do mnie nie strzelił, nie potrzebowałam białego prześcieradła. Wyszłam na drugą stronę i już byłam w Generalnej Guberni. Szłam, szłam, aż do Warszawy doszłam. W Warszawie miałam przyjaciółkę jeszcze z lat szkoły powszechnej. Ponieważ korespondowałyśmy ze sobą, więc znałam jej adres. Była to Sienna 88 chyba, blisko placu Kazimierza. Tam byłam jakiś czas. Potem się przeniosłam. Matka znalazła ze mną kontakt, zaczęła mi przysyłać marki. Ja wymieniałam je na polskie pieniądze na czarnym rynku i jakoś tak żyłam. Wynajęłam sobie pokoik. Drugi adres to była Daleka 4, u bardzo sympatycznej pani Teichen. Tam była malutka fabryczka i przy niej było mieszkanie dla dyrekcji, a dyrektorem był właśnie jej mąż – Teichen. Pani Teichen była drobniutka, mała, bardzo uprzejma. Wynajęła mi ostatni pokoik w amfiladzie, pod jednym warunkiem, że niczego trefnego nie będę przynosić. Ona czuła, czym ja się zajmuję. Wtedy byłam kolporterką najpierw „Biuletynu Słowiańskiego”, jako że byłam w grupie Konfederacji Narodu, a potem w grupie Ruchu Kulturowego, który rozwinął Andrzej Trzebiński i z tego tytułu byłam kolporterką „Sztuki i Narodu”, w skrócie zwanego SiN. Był to miesięcznik kulturalny. Tam produkował się Chmura, Gajcy czyli Topornicki, Łomin czyli Trzebiński. Byłam kolporterką na Mokotów. Z konspiracją pierwszy raz zetknęłam się poprzez zaprzyjaźnionego kolejarza, który przywoził mi pieniążki od mamy. On miał znajomych na ulicy Emilii Plater. Nazywali się chyba Kamińscy i właśnie tam był młody człowiek, który należał do ZWZ. To było w 1942 roku, zaraz na wiosnę. Zajął się grupą dziewcząt i uczył nas topografii, zajęcia sanitarne były też. To były pierwsze zetknięcia. Potem już po nitce do kłębka. Musiałam się postarać o jakiekolwiek dokumenty, żeby móc poruszać się swobodnie. Zaczęłam od poszukania szkoły, która by przyjęła mnie bez świadectwa i bez żadnych dokumentów. Znalazłam i poszłam do trzeciej klasy. Była to szkoła oficjalnie uznana przez Niemców. To były tak zwane Kursy Handlowe imienia Aleksandra Lipy. Tego Lipy nie spotkałam w encyklopedii żadnej, więc to chyba w ogóle była … lipa. Ludzie byli wspaniali, wykładowcy fantastyczni, dyrektor na medal. Nasza szkoła mieściła się w willi przy ulicy Obrońców, na Saskiej Kępie. Mając już legitymację szkolną mogłam iść do Instytutu Głuchych, gdzie wydawali kenkarty. Na podstawie kenkarty dostałam kartkę żywnościową. Czułam się już obywatelem Warszawy. Byłam wtedy szczęśliwa, że jestem w Warszawie. Wiedziałam, że Warszawa mnie nie zawiedzie, było to moje marzenie od dzieciństwa. Tak czułam się cały czas jakoś pod ochroną. Nigdy wieczorem, po godzinie policyjnej, przewożąc paczkę w porę nie rozniesionych pism, nie wpadłam w ręce żandarmów. A ileż razy przejeżdżałam tak zwanym tramwajem zero! Zero to był nocny tramwaj tylko dla Niemców. Oczywiście wsiadałam do motorniczego i mówiłam: „Proszę pana, ja mam trefną paczkę.” – „Dobrze, niech panienka rzuci mi w nogi, gdzie panienka chce wysiąść.” – „Tam, a tam, ale między przystankami.” –”Dobrze, ja zatrzymam.” Przyhamował tam, gdzie trzeba, paczkę odbierałam, szłam, nikt mnie nie ścigał. Potem na ulicy Dalekiej niestety naraziłam się. Pani Teichen znalazła pod materacem nierozdane numery. Powiedziała: „Panno Irko, pani przyrzekła”. Podziękowałam i zmyłam się. Wtedy przytuliły mnie siostry elżbietanki przy ulicy Chłodnej. Tam było mnóstwo takich dziewcząt, które opuściły rodziny z tych czy z innych względów. Warszawa w ogóle była miastem młodzieży. Za dużo było młodzieży, żeby Niemcy nie orientowali się, czym to pachnie. U sióstr też się naraziłam. Siostra przełożona powiedziała: „Wybacz dziecko, ale narażasz wszystkich”. Chociaż tam nigdy za mojej bytności nie było żadnej kontroli niemieckiej, żadnej rewizji, musiałam się wynieść. Zamieszkałam na piątym piętrze przy ulicy Hrubieszowskiej 5. To był na planie ósemki zbudowany blok dla pracowników PKO. Mieszkałam u koleżanki z konspiracji – Włady. Jej ojciec był w PKO pracownikiem. Tu robiłam malutką maturę, znaczy cztery klasy kończyłam. Zbierałyśmy się w łazience, obmywałyśmy twarz, zmęczone, całymi nocami przygotowywałyśmy się do matury. Wtedy już czuło się nadciągającą burzę, że wszystko prowadzi do tego, żeby było generalne powstanie. W nas wszystko zaczynało kipieć. Te egzekucje na ulicach. W 1943 rozstrzelali nam Andrzeja Trzebińskiego na Nowym Świecie. Andrzej Trzebiński to był nasz szef bezpośredni. Bywałam na jego prelekcjach. Chodził cały czas, my siedzieliśmy lub siedziałyśmy wtulone w fotel, zafascynowane patrząc w niego. Była to postać niezwykła już optycznie. Lekki abnegat, zaniedbany. Jakieś za krótkie rękawy, za krótkie spodnie, widać było po nim, że nie przywiązuje do tego uwagi. Dużo chodził w drewniakach, nawet jesienią, jak już było zimno. Rozwichrzony ciemny włos, w falach spadających mu na czoło, płonące ciemne oczy i stale te marzenia o nowym teatrze, nowej kulturze. To były takie marzenia dwudziestolatka. On był bardzo młody, miał dwadzieścia lat. Był duszą tego całego ruchu kulturalnego. Wybuch Powstania zastał mnie na punkcie zbornym, przy ulicy Mireckiego, tuż koło cmentarzy. Tam mieliśmy wyznaczone miejsce. Na godzinę czy dwie godziny przed oznacza porą, chyba w samo południe. Bardzo gorący i słoneczny dzień był, tłumy były w tramwajach, jechały dokądś nie wiedząc, co im grozi. Ale na Chłodnej żandarmi już obwarowali wszystko zwałami worków z piachem. Czuło się, że oni coś przeczuwają. To było pierwszego. Mówiłam już o prawdziwym wybuchu Powstania. Bo dwudziestego szóstego był taki próbny alarm, ale to w nic się nie rozwinęło. Alarm został odwołany. W te dni przez ulice Warszawy ciągnęły transporty „zwycięzców”, którzy wracali spod Stalingradu i innych miejsc porażki. Obandażowanych, zrezygnowanych, złamanych, na furach ciągniętych przez chude koniki. Widziało się już odlot tych Niemców, odjazd. Opuszczają Warszawę, już ich nie będzie, to my im na końcu damy łupnia. Po 1 sierpnia zostałyśmy przydzielone całą grupą, nas dziewcząt było bardzo dużo, do szpitala. Szpital Karola i Marii wkrótce został opanowany przez Niemców i zostałyśmy zwolnione przez swoją drużynową. Powiedziała: „Ratujcie się dziewczęta jak możecie”. Przeszłam do szpitala świętego Łazarza przy ulicy Wolskiej, gdzie byłam kilka dni. Tam również wkroczyli Niemcy i zaczęli zagrażać wszystkim rannym leżącym w szpitalu. Było tak groźnie, że wyprowadziłam jednego z chodzących rannych i opuściłam szpital. Znalazłam się na pustej ulicy. Przebiegała harcerka, która wciągnęła mnie do „Parasola”. Dostałam przydział do Pierwszej Kompani Drugiego Plutonu i brałam udział w potyczkach na cmentarzu. Tak się zaczęła moja obecność w „Parasolu”. Razem z nimi opuściłam cmentarze, przeszliśmy przez Gęsiówkę. Tam nas oblazły wszy straszliwe. Były posłania, na które żeśmy się rzucili nie śpiąc po nocach ostatnio. Te posłania podziękowały nam obdarzywszy hojnie. Z Gęsiówki przeszliśmy dalej przez morze gruzów na plac Krasińskich. Tam nastąpiło olśnienie. Plac Krasińskich był zielony. Ani jedna gałąź nie leżała pod nogami, drzewa były w pełni zieleni, trawa była świeżutka. Nietknięte to było jeszcze żadnym pociskiem. Położyliśmy się z rozkoszą na tej trawie. Po wszystkich gruzach myliśmy się w resztce wody w fontannie, byliśmy uszczęśliwieni, że tak może być cudnie. Po kilku dniach ten park zamienił się, niestety, w jedno wielkie cmentarzysko. Niemcy nas bardzo prędko wymacali na Pawiaku i zaczął się ostrzał. Trudno opowiadać. Muszę powiedzieć jeszcze o jednym momencie, który do dzisiaj uwiera mnie i boli w sercu. Poza pałacem, w którym mieliśmy kwatery, była także oficyna. W tej oficynie mieszkali cywile. Ludność zniosła cały swój dobytek do piwnicy. Tam była wegetacja, nawet taka jakaś możliwa, do przyjęcia. Pani Borejsza zaproponowała, żebyśmy się poszły umyć. Oczywiście, dziewczęta bardzo o tym marzyły. Zaprosiła nas na swoje piętro, przygotowała nam mycie i nakarmiła nas. Prosiła tylko, żebyśmy dały znać, jak będziemy odchodzić. Tego nie mogłyśmy uczynić. Nie wolno mówić cywilom, że opuszcza się miejsce postoju. Bo cywile ruszyliby z płaczem, z krzykiem, z szykowaniem swoich rzeczy. Przez kanał nie wpuszczali cywilów, tylko wojskowym wolno było wchodzić. 2 września o świcie opuściliśmy Stare Miasto i wyszliśmy na Wareckiej. Muszę powiedzieć, że te wszystkie dramatyczne opowieści nie przemawiają i tak. Ja mam taką zdolność pamięci, że wykreślam z niej to, co jest nieprzyjemne. Dlatego nie pamiętam żadnych cuchnących, śliskich pod nogami cieczy. Nie pamiętam żeby było bardzo duszno. Mieliśmy rannego, którego koledzy nieśli z tyłu. Co chwilę posyłałam, ponieważ szliśmy pojedynczo, zapytanie: „Jak się ma ranny?”. Odpowiedź przychodziła łańcuchowo: „Dobrze, niesiemy go”. A przy wyjściu na Wareckiej okazało się, że go nie ma. Gdzieś został. Najpierw wypytywałam wszystkich, czy widzieli gdzie ten ranny został przyniesiony. Żadnego rannego nie wynieśli. A on był ciężko ranny, to był Mietek, nasz dowódca plutonu. Postanowiłam wrócić do kanału i odszukać go. Ile czasu szliśmy, to nie wiem, bo przecież zegarka nie miałam. Nie wiedziałam, ile czasu będę musiała wracać. Zaczęłam kręcić się wśród cywilów i pytać kto ma latarkę, żeby ze mną zejść. Był taki jeden ciekaw kanałów, w jasnym płaszczu, miał latarkę. Zgodził się, bo chciał bardzo wejść do kanału, chciał tam być. Zeszliśmy razem i zaczęliśmy iść z powrotem. Pamiętam, że miałam półbuty od pani Borejszy. Były mokre i miałam podkasane spodnie. Nie było jednak dużych strumieni. Ten pan latarką wydobywał czarną przestrzeń głębi kanałów, więc kształt podziemi utkwił mi w pamięci. Był półokrągły, potem miał takie podmurowanie i zagłębiał się w wodę. Było pusto. Szliśmy, szliśmy, pusto, cicho, pusto, cicho i nagle światło latarki wydobyło kilka bladych twarzy w głębi. Doszliśmy do nich. Nigdy przedtem i nigdy potem nie widziałam tak przerażonych twarzy. Było to trzech chłopców z „Wigrów”. Obiecałam im, że wyjście jest niedaleko, żeby szli dalej. Ale oni nie mieli światła, macali po ciemku. Znaleźliśmy taki załomek muru gdzie mogli skryć się. Rzeczywiście weszli tam. Myśmy szli dalej. Ale ponieważ ci młodzi ludzie powiedzieli, że weszli ostatni do kanału i nie widzieli nikogo leżącego po drodze, to zaczęłam mieć wątpliwość, co było z tym rannym. Człowiek towarzyszący mi też zaczął się zastanawiać, czy jest sens żebyśmy szli dalej. Niemcy do kanału nie wchodzili, ale ten człowiek nie wiedział o tym. W pewnym momencie się zbuntował i powiedział, że on dalej nie idzie i wraca już. Pozwoliłam mu, ale to macanie w ciemności nie mogło być skuteczne. Pamiętałam od przejścia od Starego Miasta, że tam były rozgałęzienia i można było zabłądzić. Musiałam wrócić. To mnie uwiera w sercu do dzisiaj. Nie znaleziono go, zginął. Umieszczono nas na kwaterze na Okólniku, w szkole muzycznej. Jeden z kolegów usiadł do fortepianu i zaczął grać. Nie wiem, co grał, to nieważne. Ważne, że muzyka nie umarła. Ja na Okólniku bywałam we wtorki, kiedy były koncerty dla Polaków w czasie okupacji i tam całą grupą ze szkoły żeśmy bywały. Tam poznałam jeszcze wiele osób. Okólnik tez został ostrzelany i musieliśmy stamtąd uchodzić. A jeszcze w tak zwanym międzyczasie byliśmy zaproszeni na koncert Fogga. Fogg nam dawał koncert w lokalu egipskiej czy bułgarskiej ambasady. On śpiewał, towarzyszyła mu pięknie uczesana, w białej bluzce, sekretarka. A my siedzieliśmy w tych naszych cuchnących rzeczach na podłodze, w tych naszych zmoczonych butach. Biliśmy oklaski. To była taka przyjemna rozrywka. Potem poszliśmy na Czerniaków i tu stopniowo oddawaliśmy wszystkie po kolei pozycje, aż znalazłam się na Wilanowskiej 5 z rannym, z postrzałem w kostkę nogi, który bardzo krwawił. Ponieważ w sąsiedniej piwnicy była kwatera „Radosława”, razem z jego świtą bezpośrednią, prosiłam ich o dwoje ludzi z kocem, żeby przenieść tego rannego na brzeg Wisły. Bo myśmy byli blisko brzegu Wisły, a berlingowcy już przepływali. To było z 19 na 20 września. W końcu przenieśliśmy rannego na skarpę nad Wisłą. Czarna noc, Niemcy co jakiś czas nas oświetlali i wtedy zobaczyłam, że dookoła leży mnóstwo rannych czekając cierpliwie na swój ostatni przepływ przez Wisłę. Kto mógł, to popłynął wpław, a inni czekali. W tym momencie, kiedy położono tego rannego, ja koło niego usiadłam i pojawił się ponton. Wyskoczyło dwóch żołnierzy, berlingowców – zabrali „mojego” rannego. Wzięli go, a on się chwycił mojej panterki i powiedział: „Nie zabierajcie mnie, dopóki ona nie wsiądzie”. Nie chciałam dezerterować. Pomyślałam, że jestem zdrowa, dam radę na Starym Mieście. Wsiadłam jednak, bo to nie był czas na chandryczenie się. Przepłynęliśmy w tym malutkim pontonie, nad nami chlupały kule, bo ostrzał był od mostu Poniatowskiego. Żadna jakoś nie trafiła. I tak skończyło się dla mnie Powstanie. Patrzyłam na Warszawę, płonące gruzy, czarne ruiny, czerwone tło płonącego miasta. Płakałam. Na Starym Mieście zdarzyło się, że mieliśmy grupę jeńców. Było to około trzydziestu mężczyzn. Niemcy, jak są pobici, to są bardzo pokorni. Byli bardzo posłuszni i usłużni. Oni pierwsi zajęli się odkopywaniem lewego skrzydła pałacu Krasińskich wtedy, kiedy sztukas zrzucił tam bombę i ona zawaliła piwnice, a w piwnicach zginęło dwudziestu siedmiu naszych kolegów i koleżanek. To było 27 sierpnia. Ci Niemcy ich odkopywali. Tak samo byli niedożywieni, jak my. Mieliśmy tylko raz na jakiś czas zupę z kotła. Odkopywali bardzo gorliwie tę piwnicę, ale – niestety – to były dwa piętra już wypalonych murów i zawaliły się nad piwnicznym pomieszczeniem, gdzie oni poszli na kwaterę. To była drużyna gospodarcza. Schodzili z warty nocnej. W jednej z wnęk piwnicy byłam razem z Mietkiem, czuwając nad nim. Przechodząc rzuciła mi powitanie moja przyjaciółka ze szkoły – Dobroczyńska Joanna, pseudonim „Joanna d’Arc”. Rzuciła mi: „Cześć Emilka!”, to było jej powitanie o świcie i stało się naszym pożegnaniem zarazem. Żołnierze poszli tam, ułożyli się, pewno nie posnęli jeszcze, kiedy bomba spadła. Słyszałam ją. To był taki dźwięk, jakby ktoś w okutych butach zbiegł po kamiennych schodach. Spadło to w pewnym momencie, kiedy sztukasy nad nami nurkowały. Ja zaczęłam machinalnie liczyć do piętnastu sekund czekając na wybuch. Doliczyłam do czternastu. Zasypało ich kompletnie. Nas tylko trochę. To było spotkanie z grupą jeńców. Co się z nimi później stało, nie wiem. Chyba nie zostali przeprowadzeni przez kanał. Wszystko dzieliło się na grupki, na miejsca postoju. Nie była to jedna wielka kwatera, z której wychodziło się na potyczki. Były różne miejsca, więc grupami byli podzieleni. Dziewczęta miały przede wszystkim przydziały przy rannych. Gotowałam im zupki-pluj, dbałam o ich czystość. Ludność cywilna na początku witała nas z entuzjazmem. Chętnie pomagali, byli tak samo zaangażowani emocjonalnie jak my. Z czasem jednak opuszczaliśmy miejsca, w których byliśmy razem z cywilami, a oni zostali zdani na łaskę i niełaskę, a szczególnie na niełaskę. Bo na początku na Woli były rozstrzelania, wtedy ci ludzie ginęli, Niemcy rozstrzeliwali cywilów. Na początku, jak stanęliśmy na Starym Mieście, to docierały do nas różne głosy. Już nawet tu i ówdzie wywieszano białe flagi, które przez nas były prędko likwidowane. Już było zmęczenie ludzi, brak wiary, w to, że się skończy dobrze. Natomiast my nie mogliśmy tracić wiary, tylko trochę w nas gasł entuzjazm. Traciliśmy kolegów, koleżanki. Takie piękne dziewczyny, tacy mądrzy, śliczni, chłopcy. Serce coraz bardziej bolało. Ale ciągle wierzyliśmy, że to nie jest nadaremne, nie może być nadaremne. Rzadko się myłyśmy. W ogóle się nie czesałyśmy. O myciu zębów nie było co marzyć, o obcinaniu paznokci też nie. A jednak na Zagórnej dziewczęta poszły do fryzjera. Zagórna to blisko już na Czerniakowie, tam mieliśmy przez chwileczkę kwaterę. Byłam taka zaszokowana. Ja się wstydziłam pójść z tym co mam na głowie. Prawdopodobnie umyły sobie głowy, tak szczegółowo nie pamiętam. Takie były różne doznania. Z jedzeniem było kiepsko, kiepsko. Jak wylądowaliśmy na Saskiej Kępie, biegłam po pomoc, żeby tego rannego zabrać z wybrzeża. Nie mogłam go targać, nie miałam siły. W pewnym momencie upadłam i skończyła się dla mnie świadomość. Ocknęłam się, zobaczyłam nad sobą głowy i usłyszałam: „Chyba nie, to z głodu. Czy pani głodna?” Więc odpowiedziałam, że chętnie bym zjadła kartofle. Chleba nie widziałyśmy od dłuższego czasu. Kaszy też już się nie gotowało. Po prostu z kwatery na kwaterę było coraz gorzej. Nie jadło się i nie piło. W jednym ze zburzonych domów, na jakimś tam piętrze, doczołgałam się do łazienki, gdzie stała wanna, a w niej woda. Nie była to jakaś apetyczna woda, ale zniosłam ją i dałam rannemu do picia, bo takie wyschnięte miał wargi i gorączkę. Na takie gesty się człowiek zdobywał, nie wiedział, co z tego wyjdzie. Podobno taka woda nie szkodziła. W kościele garnizonowym, w piwnicach leżeli ranni, tam można było spotkać księdza. Mój dowódca ówczesny „Jeremi”, czyli Jerzy Zborowski, ożenił się ze swoją ukochaną Niną, chociaż dostała pocisk w szczękę i miała bardzo zniekształconą buzię. Zastanawiała się, czy on nadal będzie chciał się z nią ożenić. Ten ślub pamiętam, w piwnicy, w naszym towarzystwie. To była wzruszająca sprawa. Później zginęli obydwoje. Mam ten film porwany, ale pewne momenty mogłabym tak narysować. Wszystko przyjmowało się bardzo głęboko, bardzo dojmująco. Moment, kiedy chłopcy się zbierali do wyjścia na pozycje był bardzo ważny. Taki jeden był, który się strasznie denerwował – szofer, licealista, śliczny, miał ojca Francuza. Strasznie się denerwował, ale potem mówiono o nim, że jest dzielny, że jak już przełamie w sobie tę babę i lęk, to jest jak szatan. Zginął zresztą. Tak po kolei nas ciosy spotykały. Ja byłam ranna w gruzach Starego Miasta. Liczono nas wychodzących na pozycję, wychodzących z parku Krasińskich. To była jakaś liczba konkretna, nie pamiętam już, tyle żołnierzy i jedna łączniczka, czyli ja. Byłam razem ze Zbyszkiem Bieleckim, którego z przekąsem nazywano „surowiec”, bo on nie był jeszcze w akcji. Dołączył do nas. Taki śliczny chłopak, że ja byłam wpatrzona w niego. Jak można być tak pięknym i być mężczyzną? – zastanawiałam się. Po co ta aureola? Poszłam z nim. On miał cekaem. Urządziłam mu gniazdo, pościągałam blachę, urządziłam osłonę, on strzelał, a ja podawałam mu taśmę. Takie jedno gniazdo tkwiło i jeszcze inni chłopcy mieli tam podejście. To był atak w kierunku Pawiaka jeszcze. W pewnym momencie Zbyszek zapragnął zobaczyć efekt swoich wystrzałów. Rzeczywiście był z niego „surowiec”, wychylił głowę z tego gniazda. Obrzucili nas pociskami, jego zabili na miejscu. A ja tylko zostałam ranna, w najbardziej miękkie miejsce. Taka była moja pozycja, więc oberwałam. Z dołu usłyszałam: „Emilka wracaj, będę cię osłaniał!”. To mnie najbardziej ubawiło wtedy, to był najbardziej zabawny moment. Przed czym będzie mnie osłaniał? Czy on widzi tego Niemca, co teraz strzela? Czy kule spotka po drodze? Szłam jednak potykając się, krew ciekła mi z nogawki. Osłaniać chciał mnie „Brzoza”, który na początku był w szapoklaku. Plaster na ranę za to, że odeszłam, w jakiś sposób byłam dezerterem, bo odeszłam sprawna jeszcze, nie meldując się właściwie. W Otwocku znalazłam dobrych ludzi, którzy zajęli się mną. Wtedy puściły nerwy. Odnowiły się rany. Oczyszczałam u nich te rany przez kilka tygodni, przychodził do mnie lekarz doktor Łukasiewicz. Wszelka choroba, która miała wyjść, została przez niego wyciśnięta, głowa została umyta, ogolona, oczyszczona. Tak mnie przywrócili do życia. Jeszcze byłam w panterce, jeszcze chodziłam w swoich spodniach zielonych poniemieckich, kiedy któregoś październikowego, pogodnego, ciepłego dnia zwinęłam się w kłębuszek i w lasku zasnęłam. Obudziło mnie dwóch Rosjan, ze sztyletami zatkniętymi na karabinach. Nade mną stali. Ponieważ miałam na ramieniu czerwoną tarczę z parasolem, to spadochroniarz wiedział już wszystko. Ale że niemiecką panterkę miałam i spodnie, to po tym, jak zostałam aresztowana wypuścili mnie i oddali pod opieką polskiego milicjanta. Potem mieszkałam w domu komendanta milicji w Otwocku. Bardzo było tam zimno. Zimę spędziłam rozbijając lód z wiadra, żeby obmyć sobie twarz. Szukałam pracy, bo z czegoś trzeba było żyć. Bardzo blisko znajdował się tam budynek, w którym umieszczony został Urząd Wojewódzki Warszawski z siedzibą w Otowcku. Wtedy wojewodą był inżynier Gorliński, nie wiem czy nazwiska nie pomyliłam. Było bardzo sympatycznie, zostałam przydzielona jako maszynistka, ponieważ maszynopisanie znałam ze szkoły. Byłam w dziale opieki społecznej i pracowałam tam do 7 marca. W styczniu, kiedy Warszawa została uwolniona, poszłam przez zamarzniętą Wisłę do Warszawy. To ciche Stare Miasto, te wszystkie gruzy, które nawiedziłam, które tak bolały, utwierdziły mnie w przekonaniu, że Warszawa umarła. Wróciłam z Warszawy, pracowałam dalej. 7 marca postanowiłam wrócić do mamy, bo Kutno też było już wolne. Ale wieczorem usłyszałam brzęczenie latarki z dynamo. Usłyszałam kroki – szedł ktoś po mnie po schodach krokiem żołnierskim. Muszę jeszcze się przyznać, że przed tym stworzyliśmy grupę niepogodzonej młodzieży. Grupa składała się z kilkorga z nas, z Powstania, odnalezionych w Otwocku, z kilkorga z sanatorium i z mieszkańców. Nazywaliśmy się Tajna Armia Polska. Postanowiliśmy wydać pisemko. Chyba to było w grudniu albo w styczniu, wtedy kiedy można było przejść przez Wisłę na druga stronę. W Piastowie mieszkała siostra jednego z kolegów i miała maszynę do pisania. Podjęłam się stworzyć pierwszy numer. Poszłam do niej i pisałam. Zapamiętano „Czerwoną zarazę”, którą pisałyśmy u tej Szczepańskiej, w czasie naszego pobytu na Starym Mieście. „Czekamy na ciebie czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci…” Dwanaście zwrotek wystukałam. To był nasz pierwszy numer, zresztą jedyny. Zaczęły się aresztowania pod koniec lutego i w marcu, siódmego, przyszli aresztować mnie. Usłyszałam: „Wy młodzi nie będziecie mi tu przeszkadzać budować Polskę. Ja Polskę komunistyczną budowałem przed wojną”. Walnął mnie w twarz, bo szukał broni. Szperał w piecyku, a piecyk wystudzony, bo nie miałam czym palić. Broni żadnej nie miałam. Powiedziałam mu, że jeśli tacy dżentelmeni jak on będą budować Polskę, to biedna ona. Dosłownie tak mu powiedziałam. Zabrali mnie i moje wszystkie pamiątki. Najbardziej żal mi mojego pamiętnika, który pisałam w Otwocku, dzień po dniu. Były tam zapiski z Powstania. Wsadziłam do chlebaka panterkę, ciepły sweter z tego urzędu wojewódzkiego, jeszcze parę pamiątek. Razem z tym plecakiem umieścili mnie na tylnym siedzeniu willisa. Jechaliśmy przez Warszawę. Było pełno śniegu. Niesprzątane ulice, grubo śniegu, rozjeżdżanego przez samochody. Na ulicy Wolskiej, niestety, wypchnęłam nogą ten plecak. Coś mnie skusiło. Bałam się widocznie, że będą wydobywać nazwiska i imiona, zaczną męczyć mnie o ludzi. Przecież chcieli złapać wszystkich akowców. W ten sposób pozbyłam się moich pamiątek. Dlatego nie mam nic z Powstania. Po krótkim przesłuchiwaniu, fizycznie bolesnym, wywieziono nas do Rembertowa. Tam był obóz dla internowanych. Tam się mieścili Rosjanie, trefni, folksdojczki. W naszej sali były folksdojczki, Rosjanka i my na najwyższej pryczy, takiej drewnianej, dookoła sali budowanej. To była fabryka amunicji, nazywała się kiedyś „Pocisk”. W tej fabryce nas umieścili. Tam siedzieliśmy w dniu 9 maja, kiedy był nad Warszawą taki entuzjazm, wystrzały i rakiety i zimne ognie i sztuczne ognie. My siedziałyśmy za drutami. Głodno było, smętnie, ale nikt nas nie bił, nie torturował. Żywili nas zupą z łupinami. To się jadło. Głodni byliśmy. Mieliśmy zmienione twarze, bo z głodu to twarz się zmienia, cera się robi przede wszystkim szarozielona. Było tam wielu partyzantów Sokołowskiego i z innych rejonów. Któregoś dnia przywieźli całą grupę staruszek i dziewcząt zebranych ze wsi. Potem. 21 chyba, to były Zielone Świątki w maju, było wielkie odbicie w Rembertowie. Przyjechała grupa „Wichury”, odbiła swoich. To było tak szybko, tak krótko, tak zręcznie i odjechali. Ci, którzy nie mieli dokąd albo mieli daleko, byli zdezorientowani, nie wiedzieli, czy uciekać. Pewna grupa przez bramę zniszczoną się wydostała. Następnego dnia kazali nam stanąć na apelu, jak zwykle, i przyganiali ich, a potem umieścili ich w oddzielnej sali. Kilka osób popełniło samobójstwo, nie mogąc znieść tego bicia. Były takie trudne przeżycia. W końcu czerwca przywieźli nas do obozu internowanych w Poznaniu. Na Osiedlu Grunwaldzkim umieszczono nas przy ulicy Słonecznej. Wtedy już chyba zaczęto przekazywać internowanych Polaków w ręce Urzędu Bezpieczeństwa, NKWD się wycofywało. Szliśmy przez ulice i zorientowaliśmy się, że ludzie na nas plują. Zbiłyśmy się w grupę i zaczęłyśmy skandować: „My z AK! My z AK!” Nas taka grupa była chyba z dwóch baraków drewnianych. Tam też było wesoło – w końcu jednak ta młodość w nas tkwiła. Potrafiłyśmy być dowcipne, śmiać się i czekałyśmy końca. Nie kazali nam pracować, nie bili, jadłyśmy byle co. Za byle przewinienie, na przykład za zbliżanie się do drutu, do mężczyzn, karano nas. A mężczyźni dla nas zawsze mieli troszkę masła. Ja byłam tak zwanym Kubusiem, bo byłam w spodniach. Nazwali mnie Kubuś, z tą ostrzyżoną główką. Jeden z panów ciągle mi coś tam przesyłał. To dla Kubusia, to Kubusiowi… Raz się zbliżyłam i dostałam w emaliowanym garnuszku trochę masła. To były takie oznaki sympatii ludzkiej. W Rembertowie był zespół rewelersów – czterech chłopców w różnym wieku zebrało się i przychodziło do nas na koncert, śpiewało piosenki dowcipne, między innymi kołysanki. Byłyśmy im wdzięczne za to. Tak sobie człowiek ubarwiał życie. Zatrzymana byłam do końca lipca. W końcu lipca zaczęto nas zwalniać. Wróciłam do mamy. Pojechałam do Warszawy bardzo śmiesznym pociągiem, tak przeładowanym strasznie, że już dla mnie nie starczyło miejsca. Nikt nie sprawdzał biletów, nikt nie mówił i nikt nie wymagał. Wskutek tego stałam na stopniu pociągu osobowego, a przez okno z ubikacji mężczyzna trzymał mnie za głowę, żebym nie spadła całkiem. Tak jechałam do Warszawy. A z przeciwka jechał pociąg towarowy. Tam tory nie były tak daleko od siebie. Widziałam, że jest naładowany deskami. A te deski nie były takie grzeczne i się kolebały. To sobie myślałam, że jeśli deska w tym momencie się przechyli, to mnie trzepnie. Nic takiego jednak się nie stało. Tak dojechałam do Warszawy, znowu zwiedzałam ją i znowu poszłam do miejsca, gdzie odkopywano, tam, gdzie moja przyjaciółka zginęła – do Pałacu Krasińskich. Weszłam w dół i siedziałam tam do później nocy. Pamiętam, że księżyc świecił, a ja skrobałam coś ołówkiem na ścianie, jakiś wiersz z serca. Nie mogłam wyjść stamtąd. Nie wiedziałam, czy ich wyciągnięto, podobno ekshumacja nastąpiła już na wiosnę. Wtedy nie wiedziałam. Potem się wygrzebałam, wróciłam do domu. Zajęłam się swoją edukacją, trzeba było ją dokończyć, zrobić krok naprzód. Zdałam dużą maturę. W 1946 roku postanowiłam sobie znaleźć miejsce do życia i wyjechałam na Zachód. Przyjechałam do Wrocławia. Coś mnie tu kierowało. Zaczęłam chodzić po tym mieście, ono tak samo było poranione jak Warszawa. Miejscami takie same gruzy, może niewypalone ale zburzone. Ale to nie były drogie gruzy, ja tu nie musiałam płakać. Nie pamiętałam ich przedtem, to były obce gruzy. Przy tym miasto tyle zieleni miało, pięknych mostów. Jest w nim coś takiego urokliwego, mimo że ta architektura do mnie nie przemawiała, te osiemnastowieczne miejsca były jakieś obce. Wróciłam do Kutna i powiedziałam mamie, że będę żyła we Wrocławiu. Przyjechałam, wyszłam z Dworca Nadodrze, tego samego dnia miałam mieszkanie i pracę. Weszłam do sklepu spożywczego i poprosiłam o bułkę przekrojoną, a do środka trochę masła, żebym mogła od razu zacząć jeść. Pani zrobiła mi tę przyjemność i zapytałam się też, czy ktoś nie potrzebuje przypadkiem tutaj pracownika. Zaczęła się rozmowa: „A panienka co zna?” – „Jestem po maturze.” – „Wie pani co, tutaj jest takie biuro administracji. Prowadzi je sympatyczny inżynier ze Lwowa. On coś mówił, że potrzebuje urzędniczki.” – „A gdzie to?” – „Słowiańska trzynaście.” Myślałam sobie: trzynaście, to jest to! Trzynastka była dla mnie pomyślną datą, wbrew przesądom. Poszłam na Słowiańską 13, spotkałam się z panem inżynierem. Popatrzył na mnie i powiedział, że chce mieć urzędniczkę po maturze. Wtedy to było osiągnięcie. Zgodził się. Od razu pokazał mi pokój. Było lustro, pościel, meble, kuchnia z naczyniami. Mieszkanie poniemieckie. I tak zaczęłam życie we Wrocławiu. (Muzeum Powstania Warszawskiego – Wrocław, 5 kwietnia 2005 roku; wspomnienia spisał Tomasz Żylski)